Czy w kraju, w którym zasady mają większą wagę niż głos serca,
jest miejsce na miłość?
HINDUSKA POZYWA SWOICH BRACI, KTÓRZY ZABILI JEJ MUZUŁMAŃSKIEGO MĘŻA
Shannon Carpenter – korespondentka w Azji Południowej
Blizny na jej twarzy tworzą wzór przypominający konstelację gwiazd. Lewe oko jest trwale zamknięte, a dzięki szwom udało się poskładać stopiony policzek i usta. Przez ogień straciła sprawność w lewej dłoni, ale po operacjach rekonstrukcyjnych Meena Mustafa znów potrafi trzymać łyżkę prawą ręką i jeść samodzielnie. Ogień, który odebrał życie jej mężowi Abdulowi, został ugaszony dawno temu. Mężczyzna został rzekomo podpalony przez dwóch braci pani Mustafy – hindusów, rozwścieczonych jej ucieczką z muzułmaninem. Policja twierdzi, że bracia próbowali zabić ich oboje, aby pomścić hańbę spowodowaną międzywyznaniowym małżeństwem.
– Nie umarłam tej nocy w pożarze – mówi pani Mustafa. – Ale moje życie wtedy się skończyło.
Teraz w jej sercu płonie nowy ogień – palące pragnienie sprawiedliwości. To ono sprawiło, że sprzeciwiła się woli rozgoryczonej teściowej i muzułmańskich sąsiadów oraz zażądała ponownego otwarcia sprawy przez policję. Z pomocą grupy Lawyers for Change pracującej pro bono pani Mustafa pozywa swoich braci. Mówi, że robi to, by dochodzić sprawiedliwości dla zmarłego męża. W kraju, w którym przypadki śmierci dla posagu, molestowania seksualnego oraz palenie żon są zjawiskiem powszechnym, taki akt sprzeciwu czyni z pani Mustafy postać wyjątkową w jej społeczności. Ta decyzja uczyniła ją jednak także społecznym pariasem w tej niewielkiej, konserwatywnej muzułmańskiej wiosce, gdzie wielu obawia się odwetu ze strony hinduskiej większości. Mimo to pani Mustafa pozostaje niewzruszona.
– Walczę dla dobra mojego dziecka. Chcę powiedzieć mojej córce, że walczyłam przez wzgląd na jej ojca – mówi.
Pani Mustafa, kobieta drobna i skromna, ma łagodne usposobienie, które skrywa żelazną wolę. To właśnie dzięki niej wcześniej przeciwstawiła się starszemu bratu i podjęła pracę w lokalnej szwalni, gdzie poznała swojego przyszłego męża. Za namową prawniczki zgodziła się udzielić wywiadu w nadziei, że jej odwaga zainspiruje inne indyjskie kobiety do konfrontacji ze swoimi oprawcami.
– Niech świat dowie się, co zrobili mojemu Abdulowi – mówi. – Ludzie muszą poznać prawdę.
CZĘŚĆ PIERWSZA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
W powietrzu unosił się zapach palonej gumy.
To była pierwsza rzecz, którą Smita Agarwal zauważyła, gdy z chłodnego, sterylnego lotniska weszła w ciepłą, spokojną noc w Bombaju. Nagle uderzył ją hałas – niski pomruk tysiąca ludzkich głosów, przerywany co jakiś czas wybuchami śmiechu i przenikliwym dźwiękiem policyjnych gwizdków. Cofnęła się i otworzyła szeroko usta na widok ściany ludzi stojących za metalowymi barierkami, czekających na swoich krewnych. Zastanawiała się, czy w 2018 roku wciąż obowiązuje stary indyjski zwyczaj, zgodnie z którym całe rodziny odprowadzają bliskich, ruszających w podróż, lecz zanim zdążyła dokończyć tę myśl, poczuła pieczenie w gardle od unoszących się w powietrzu spalin i pulsowanie w uszach od samochodów ryczących tuż za tłumem oczekujących.
Smita stała przez chwilę bez ruchu, nieco skulona. Przez większą część roku podróżowała, jako korespondentka zagraniczna jeździła po całym świecie, a jednak kilka sekund po wylądowaniu w Indiach czuła się przytłoczona krajem uderzającym w nią jak tornado lub tsunami zmiatające wszystko na swojej drodze.
Zmrużyła oczy i ponownie usłyszała szum fal na Malediwach, w raju, który opuściła zaledwie kilka godzin wcześniej. W tej jednej chwili znienawidziła cały ten dziwny splot wydarzeń, który przywiódł ją do jedynego miejsca, jakiego przez całe dorosłe życie starała się unikać. Akurat spędzała urlop blisko Indii, a Shannon rozpaczliwie potrzebowała pomocy i jej kontakt był w stanie załatwić Smicie sześciomiesięczną wizę turystyczną w ciągu zaledwie kilku godzin. Teraz żałowała, że jego starania się powiodły.
Weź się w garść – pomyślała Smita, powtarzając w myślach surową reprymendę, jakiej udzieliła sobie podczas lotu. Pamiętaj, Shannon jest bliską przyjaciółką. Przypomniało jej się, że w mrocznych dniach po pogrzebie Mummy Shannon potrafiła wywołać uśmiech na twarzy Papy. Nie bez trudu odsunęła ten obraz, wpatrując się w tłum w nadziei, że dostrzeże kierowcę wysłanego przez Shannon. Jakiś mężczyzna spojrzał na nią impertynencko i ułożył usta w sugestywny dzióbek. Odwróciła wzrok, szukając w tłumie kogoś trzymającego kartkę z jej imieniem, jednocześnie sięgnęła po telefon, aby zadzwonić do Shannon. Zanim jednak zdołała znaleźć telefon, zobaczyła go – wysokiego mężczyznę w niebieskiej koszuli, trzymającego karton z jej imieniem. Z ulgą podeszła do niego.
– Cześć – powiedziała zza metalowej barierki. – Jestem Smita.
Spojrzał na nią, mrugając, wyraźnie zdezorientowany.
– Mówi pan po angielsku? – zapytała ostro, uświadamiając sobie, że zadała to pytanie właśnie w tym języku. Wyszła z wprawy i czuła się niepewnie, mówiąc w hindi.
Mężczyzna w końcu się odezwał płynną, nienaganną angielszczyzną.
– Smita Agarwal? – zapytał, zerkając na tabliczkę. – Ale miała pani dotrzeć dopiero o… Samolot przyleciał wcześniej?
– Co? Tak, chyba tak. Jestem wcześniej – odpowiedziała, patrząc na niego. Chciała zapytać, gdzie jest samochód, aby jak najszybciej wydostać się z lotniska i znaleźć się w hotelu Taj Mahal Palace przy Apollo Bunder, gdzie, miała nadzieję, czekały na nią długi, gorący prysznic i wygodne łóżko. On jednak wciąż się jej przyglądał. Jej irytacja rosła. – To jak? Jedziemy? – zapytała.
Mężczyzna wyprostował się jak na komendę.
– Tak, tak. Przepraszam. Oczywiście. Proszę. Tędy. – Wskazał, żeby ruszyła w stronę przerwy w barierkach.
Mijała hałaśliwe, piskliwe powitania, lawinę pocałunków składanych na twarzach i głowach nastolatków przez kobiety w średnim wieku, przesadne, niedźwiedzie uściski, którymi dorośli mężczyźni witali się ze sobą. Odwróciła wzrok, nie chcąc stracić z oczu kierowcy, gdy ten przeciskał się przez tłum w stronę przejścia.
Po drugiej stronie barierek sięgnął po jej bagaż podręczny, po czym rozejrzał się zdezorientowany.
– Gdzie reszta pani walizek?
Smita wzruszyła ramionami.
– To wszystko.
– Tylko jedna torba?
– Tak. I plecak.
Mężczyzna pokręcił głową.
– O co chodzi?
– Nic – powiedział, gdy znów ruszyli. – Po prostu… Shannon mówiła, że jest pani Induską.
– Jestem Amerykanką pochodzenia indyjskiego. Ale co to ma…?
– Nie sądziłem, że gdziekolwiek na świecie istnieje Indus, który potrafi podróżować z tylko jedną walizką.
Skinęła głową, przypominając sobie opowieści rodziców o krewnych podróżujących z bagażami wielkości małych łodzi.
– Coś w tym jest. – Przyjrzała mu się uważnie, zdezorientowana. – A pan jest… kierowcą Shannon?
W blasku ulicznej latarni dostrzegła błysk w jego oczach.
– Myśli pani, że jestem jej szoferem?
Spojrzała na dżinsy, modnie skrojoną koszulę, drogie skórzane buty i wiedziała, że popełniła gafę.
– Shannon mówiła, że wyśle kogoś, żeby mnie odebrał – wymamrotała. – Nie powiedziała kogo. Po prostu założyłam, że… – Spojrzała na jego rozbawiony wyraz twarzy. – Przepraszam.
Mężczyzna pokręcił głową.
– Nie, w porządku. Nie musisz przepraszać. Nie ma nic złego w byciu kierowcą. Ale tak się składa, że jestem przyjacielem Shannon. Po prostu zaproponowałem, że cię odbiorę, skoro przylatywałaś tak późno. – Posłał jej szybki uśmiech. – Tak przy okazji, jestem Mohan.
Wskazała na siebie.
– Smita.
– Wiem. Tak mam tu zapisane. – Machnął trzymanym kartonem.
Zaśmiali się niezręcznie.
– Dziękuję za pomoc – powiedziała.
– Nie ma sprawy. Tędy do samochodu.
– Więc… powiedz mi – odezwała się Smita, gdy ruszyli. – Jak się czuje Shannon?
– Bardzo cierpi. Jak wiesz, biodro jest złamane. Przez to, że był weekend, nie mogli przeprowadzić operacji. A teraz zdecydowali się poczekać jeszcze parę dni, aż wróci doktor Shahani. To najlepszy chirurg w całym mieście. A jej przypadek jest skomplikowany.
Spojrzała na niego z ciekawością.
– Czy ty… jesteś blisko z Shannon?
– Nie jesteśmy parą, jeśli o to pytasz. Ale jest moją bardzo dobrą przyjaciółką.
– Rozumiem.
Poczuła ukłucie zazdrości – jako korespondentka w Azji Południowej Shannon mogła zapuścić korzenie, nawiązać relacje z miejscowymi. Smita, której specjalnością były kwestie genderowe, rzadko kiedy przebywała w jednym miejscu dłużej niż tydzień czy dwa. Nigdzie nie zostawała wystarczająco długo, żeby zasiać ziarna przyjaźni. Zerknęła na walizkę, którą niósł za nią Mohan. Zdziwiłby się, gdyby wiedział, że w jej nowojorskim mieszkaniu miała spakowane dwie inne, identyczne torby, gotowe do drogi.
Mohan mówił dalej o Shannon, a Smita starała się słuchać. Wspominał, jak przerażona była, gdy dzwoniła do niego ze szpitala, jak natychmiast ruszył, żeby być przy niej. Smita skinęła głową. Przypomniała sobie czas, gdy leżała z grypą w szpitalu w Rio, i jak samotnie się czuła, chorując w obcym kraju. A tamten szpital był zapewne rajem w porównaniu z tym tutaj. Choć Shannon relacjonowała wydarzenia z Indii od – jak dawna? Może trzech lat? – Smita nie potrafiła sobie wyobrazić, by miała przechodzić operację samotnie w obcym kraju.
– A warunki w szpitalu? – zapytała Mohana. – Są dobre? Wyjdzie z tego?
Zatrzymał się, odwrócił w jej stronę i spojrzał z uniesionymi brwiami.
– Tak, oczywiście. Jest w Breach Candy. To jeden z najlepszych szpitali, a Indie mają jednych z najlepszych lekarzy na świecie. Wiesz, że to teraz kierunek turystyki medycznej?
Rozbawiła ją jego urażona duma, łatwość, z jaką czuł się dotknięty – cecha, którą zauważyła u wielu indyjskich przyjaciół Papy, nawet u tych – a może zwłaszcza u tych – którzy od dawna mieszkali w Stanach.
– Nie chciałam, żeby to zabrzmiało nieuprzejmie – powiedziała.
– Nie, w porządku. Wielu ludzi nadal uważa, że Indie są zacofane.
Smita przygryzła wargę, żeby myśl, która nagle przyszła jej do głowy, nie wymknęła się na głos – taki był ten kraj, kiedy tu mieszkałam.
– Nowe lotnisko jest przepiękne – dodała pojednawczo. – O lata świetlne wyprzedza większość amerykańskich lotnisk.
– Tak. Jak pięciogwiazdkowy hotel.
Podeszli do małego czerwonego samochodu. Mohan otworzył go, wrzucił jej walizkę do bagażnika i zapytał:
– Wolisz usiąść z przodu czy z tyłu?
Spojrzała na niego zaskoczona.
– Usiądę z przodu, jeśli nie masz nic przeciwko.
– Oczywiście. – Choć jego twarz pozostała niewzruszona, Smita usłyszała w jego głosie nutkę rozbawienia. – Pomyślałem tylko… skoro wzięłaś mnie za kierowcę Shannon, może wolałabyś jechać z tyłu.
– Przepraszam – powiedziała nieco bezradnie.
Wyjechał z parkingu, włączył się do ruchu, po czym zaklął cicho na widok sznura samochodów, opuszczających lotnisko zderzak w zderzak.
– Dużo aut, nawet o tej porze – zauważyła Smita.
Cmoknął z irytacją.
– Dokładnie, yaar. Ruch w tym mieście z kiepskiego zrobił się wręcz katastrofalny. – Zerknął na nią. – Ale nie martw się. Jak tylko wyjedziemy na główną drogę, będzie lepiej. Dotrzemy do hotelu w mgnieniu oka.
– Mieszkasz niedaleko hotelu Taj?
– Ja? Nie. Mieszkam w Dadarze. Bliżej lotniska niż hotelu.
– Och! – wykrzyknęła. – To absurdalne. Ja… mogłam po prostu wziąć taksówkę.
– Nie, nie. To niebezpieczne, żeby kobieta wsiadała w taksówkę o tej porze. Poza tym to Indie. Nigdy nie pozwolilibyśmy gościowi brać taksówkę z lotniska.
Przypomniała sobie rodziców jadących na lotnisko Columbus przez śnieg z deszczem i zimowe burze Ohio, żeby odebrać gości. Indyjska gościnność. Była prawdziwa.
– Dziękuję – powiedziała.
– Nie ma za co. – Pogrzebał przy pokrętle klimatyzacji. – Wygodnie ci? Za ciepło? Za zimno?
– Możesz podkręcić trochę nawiew? Nie mogę uwierzyć, jak tu gorąco, nawet w styczniu.
Mohan rzucił jej przelotne spojrzenie.
– Uroki globalnego ocieplenia, zaimportowanego do biednych krajów, takich jak Indie, z bogatych krajów, takich jak twój.
Czy Mohan był jednym z tych nacjonalistycznych typów, jak przyjaciel Papy, Rakesh – człowiek, który pomstował na Zachód i od czterdziestu lat planował swój nieuchronny powrót do Indii? A jednak Mohan się nie mylił, prawda? Ona również wielokrotnie powtarzała te argumenty.
– Jasne – przyznała. Ogarniała ją senność i była zbyt wyczerpana, żeby wdawać się w polityczną dysputę.
Mohan zauważył jej zmęczenie.
– Zdrzemnij się, jeśli chcesz – zaproponował. – Mamy przed sobą co najmniej kolejne trzydzieści minut.
– Nie, dam radę – odparła, potrząsając głową, i spojrzała na rudery ciągnące się wzdłuż chodnika.
Nawet o tak późnej porze kilku mężczyzn, odzianych w koszule z krótkim rękawem i lungi, siedziało bezczynnie przy otwartych wejściach do domów, gdzie od czasu do czasu paliły się lampy naftowe. Smita przygryzła dolną wargę. Bieda krajów Trzeciego Świata nie była jej obca, lecz obraz, obok którego właśnie przejeżdżali, niewiele różnił się od tego, co pamiętała z dzieciństwa. Jakby mijała te same slumsy i tych samych mężczyzn co ostatnim razem, gdy dwadzieścia lat temu, w 1998 roku, ona i jej rodzina jechali na lotnisko. Tyle z nowoczesnych, zglobalizowanych Indii, o których wciąż czytała.
– Rząd zapłacił tym ludziom, żeby się przenieśli do mieszkań komunalnych – mówił Mohan. – Ale odmówili.
– Naprawdę?
– Tak słyszałem. A jak w demokratycznym kraju zmusić ludzi do przesiedlenia?
Zapadła krótka cisza i Smita odniosła wrażenie, że przez to, że tak otwarcie wpatruje się w mijane slumsy, Mohan poczuł potrzebę bronienia swojego miasta. Często obserwowała to zjawisko w swojej pracy, gdy klasa średnia w biednych krajach wzdryga się, słysząc osąd płynący z Zachodu. Kiedyś, podczas pobytu na Haiti, lokalny urzędnik niemal splunął jej w twarz i przeklął amerykański imperializm, gdy zapytała go o korupcję w jego okręgu.
– Chyba nie można ich winić – stwierdziła. – To ich dom.
– Właśnie. Dokładnie to próbuję wytłumaczyć moim przyjaciołom i współpracownikom. Ale oni nie potrafią tego zrozumieć, a tobie zajęło to mniej niż dziesięć minut.
Smita poczuła ciepło na słowa Mohana, jakby wręczył jej małe trofeum.
– Dziękuję. Ale kiedyś tu mieszkałam, więc rozumiem.
– Mieszkałaś tutaj? Kiedy?
– W dzieciństwie. Wyjechaliśmy z Indii, gdy miałam czternaście lat.
– Aha. Nie miałem pojęcia. Choć Shannon mówiła, że jesteś Induską, po prostu założyłem, że urodziłaś się za granicą. Brzmisz jak pucca Amerykanka.
Smita wzruszyła ramionami.
– Dzięki. Chyba.
– Masz tu rodzinę?
– Niezupełnie – odpowiedziała i zanim zdążył zadać kolejne pytanie, dodała: – A ty? Czym się zajmujesz? Też jesteś dziennikarzem?
– Ha. Dobry żart. Nie potrafiłbym robić tego, co ty i Shannon. Nie umiem dobrze pisać. Jestem informatykiem. Pracuję z komputerami w Tata Consultancy. Słyszałaś o Tata?
– Tak, oczywiście. Czy to nie oni kilka lat temu kupili Jaguara i Land Rovera?
– Zgadza się. Tata produkuje wszystko, od samochodów, przez mydło, po elektrownie. – Opuścił nieco szybę. – Zaraz wjeżdżamy na most Sea Link, który łączy Bandrę z Worli. Oczywiście nie było go jeszcze, kiedy tu mieszkałaś. Ale to bardzo skróci nam drogę.
Smita chłonęła światła miasta, gdy samochód wjeżdżał na wantowy most, rozpięty nad ciemnymi wodami Morza Arabskiego.
– Wow. Bombaj wygląda jak każde inne miasto na świecie. Moglibyśmy być w Nowym Jorku albo w Singapurze.
Z wyjątkiem kwaśnego zapachu ciepłego powietrza wpadającego do samochodu – pomyślała. Już miała zapytać o niego Mohana, ale się rozmyśliła. Była gościem w jego mieście i czuła napięcie w żołądku w związku z tym, że zbliżali się do celu. Prawda była taka, że nie chciała być w Bombaju. Bez względu na to, ile pięknych mostów zostało wybudowanych, i na to, jak uwodzicielska była jego nowa, oszałamiająca panorama, nie chciała tu być. Spędzi kilka dni z Shannon w szpitalu, a potem wyjedzie, najszybciej jak się da. Będzie już za późno, żeby wrócić na Malediwy, ale nic nie szkodzi. Z przyjemnością spędzi resztę urlopu w swojej kamienicy na Brooklynie. Obejrzy film lub dwa.
Teraz jednak znajdowała się w samochodzie pędzącym w stronę hotelu Taj. W stronę jej dawnej dzielnicy.
Smita Agarwal patrzyła przez okno na ulice miasta, które kiedyś kochała. Miasta, o którym przez ostatnie dwadzieścia lat próbowała zapomnieć.
ROZDZIAŁ DRUGI
Następnego ranka Smita wcześnie się obudziła i przez chwilę, leżąc w obcym łóżku, była przekonana, że wciąż jest w Sun Aqua Resort na Malediwach. Słyszała szum fal uderzających o brzeg i czuła, jak jej ciało zapada się w piasek w kolorze cukru. Potem jednak przypomniała sobie, gdzie jest, i cała zesztywniała.
Zsunęła się z łóżka i poczłapała do łazienki. Kiedy wróciła, podeszła do okna i rozsunęła ciężkie zasłony, żeby wpuścić do pokoju światło dzienne – słońce ożywiało matowe, wiecznie brunatne wody morza. Przypomniała sobie to, gdy po raz pierwszy zobaczyła Ocean Atlantycki, i to, jak bardzo oszołomił ją jego krystaliczny błękit kontrastujący z mętnymi wodami Morza Arabskiego, do których była tak przyzwyczajona. Przypomniała sobie też, jak Papa krzyczał na służących, pracujących w budynkach stojących przy nabrzeżu, gdy wyrzucali do wody worki ze śmieciami, oraz na młodych mężczyzn, którzy oddawali mocz do morza na plażach Juhu i Chowpatty. Biedny Papa. Tak bardzo kochał to miasto, które ostatecznie nie odwzajemniło jego miłości.
Spojrzała w stronę Wrót Indii, pięknego pomnika z żółtego bazaltu, z czterema wieżyczkami i łukiem, który wznosił się po drugiej stronie ulicy, naprzeciw jej okna. Wydawał się solidny, niemal zakorzeniony, zupełnie jak jej dzieciństwo w Indiach. Czy kiedy dawniej bawiła się pod jego łukiem, była w stanie wyobrazić sobie, że pewnego dnia będzie nocować w tym ikonicznym, wielkim hotelu, uznawanym za jeden z najbardziej luksusowych na świecie? Do diabła, zatrzymywali się tu wszyscy, od George’a Harrisona po prezydenta Obamę. Oczywiście ona i jej rodzice świętowali urodziny i inne radosne okazje w licznych restauracjach w hotelu Taj. Ale zatrzymać się w Taj to zupełnie inna sprawa.
Spojrzała na zegarek, który wskazywał ósmą. Czy powinna zadzwonić do Shannon? A może jeszcze śpi? W tej samej chwili zaburczało jej w brzuchu i uświadomiła sobie, że nie jadła nic od wczesnego popołudnia poprzedniego dnia. Nerwy okazały się silniejsze niż apetyt. Postanowiła zejść na śniadanie.
Pół godziny później była już w Sea Lounge. Restauracja była dość zatłoczona, nawet o tej porze. Podeszła do niej młoda, rozpromieniona hostessa w niebieskim sari.
– Dla ilu osób życzy sobie pani stolik? – zapytała, a gdy Smita uniosła palec wskazujący, zaprowadziła ją do małego stolika przy oknie.
Smita rozejrzała się po sali, przypominając sobie tę subtelną elegancję, którą pamiętała z dziecięcych wizyt z rodzicami, dyskretną, nienaganną obsługę i duże okna z widokiem na morze. Ucieszyła ją to, że piękno restauracji pozostało niezmienione. Zauważyła, że w jej stronę spogląda siedzący przy sąsiednim stoliku mężczyzna, z twarzą spieczoną bombajskim słońcem. Uśmiechnął się do niej krzywo, a ona udała, że go nie widzi. Zamiast tego spojrzała przez okno, mrugając, aby odgonić łzy, które napłynęły jej do oczu. Trudno było przebywać w Sea Lounge i nie myśleć o jej łagodnej, eleganckiej mamie. Gdy Mummy zmarła, Smita była w Portugalii, żeby zrelacjonować konferencję kobiet, a kiedy Rohit, starszy brat, zadzwonił, aby przekazać wiadomość, krzyczała na niego i przeklinała, wyładowując na nim niepohamowaną rozpacz. Siedząc w ulubionej restauracji matki, poczuła ciepło wspomnień sobotnich popołudni, gdy mama zamawiała swoją ulubioną kanapkę klubową z kurczakiem, a ojciec popijał piwo Kingfisher.
Nawet trochę żałowała, że nie może zamówić jej o tej porze na cześć Mummy. Zamiast tego wybrała kawę i omlet ze szpinakiem. Kelner postawił talerz przed nią z przesadną starannością.
– Czy jeszcze czegoś sobie pani życzy? – zapytał uprzejmym głosem.
Był zaledwie rok lub dwa lata starszy od niej, ale jego służalcza maniera – typowa dla pracowników klasy robotniczej wobec bogatych – sprawiła, że zacisnęła zęby. Objęła wzrokiem piękną salę, uświadamiając sobie, że nikomu innemu – ani licznym Niemcom i Brytyjczykom, ani korpulentnym indyjskim biznesmenom zasiadającym z klientami – nie przeszkadzało pochlebcze zachowanie kelnerów; wręcz przeciwnie, zdawali się oczekiwać i wymagać najlepszej obsługi. Już wcześniej zauważyła, jak pstrykają palcami w celu zwrócenia uwagi personelu, i odnotowała lekceważący ton, jakim pozostali goście zwracali się do kelnerów.
– Nie, dziękuję – odparła. – Wygląda smakowicie.
Kelner uśmiechnął się z nieukrywaną radością.
– Smacznego, proszę pani – powiedział i oddalił się bezszelestnie, niczym duch.
Smita upiła łyk kawy, a potem zlizała piankę z górnej wargi. Choć piła kawę w wielu miejscach na świecie, ta filiżanka Nescafé smakowała po prostu cudownie. Wiedziała, że w domu stałaby się obiektem kpin.
To przecież kawa rozpuszczalna, na litość boską, Smita – słyszała w wyobraźni jazgocący głos Jenny podczas brunchu w kawiarni Rose Water w Park Slope. Ale co mogła poradzić? Dopiero podczas ostatniego roku pobytu w Indiach rodzice pozwolili jej pić kawę i to tylko kilka łyczków z filiżanki ojca, gdy siedział i sprawdzał prace. Ten smak przenosił ją do dużego, zalanego słońcem mieszkania w Colabie, oddalonego kilka minut spacerem od hotelu Taj, i do niedzielnych poranków, kiedy rodzice przekomarzali się, czy na domowym stereo włączyć płyty ojca z Bachem i Beethovenem, czy ghazale mamy. Rohit w tym czasie siedział w swoim pokoju, nadal w łóżku, słuchając na walkmanie Green Day albo U2. Ich kucharka, Reshma, przygotowywała południowoindyjskie medhu vadę i upmę, ich niedzielny poranny przysmak. Gdzie była teraz Reshma? Czyżby nadal mieszkała w tym dwudziestomilionowym mieście i pracowała dla innej rodziny? Smita chciałaby ją odnaleźć podczas tej podróży, ale jak – nie miała pojęcia. Nie wiedziała też, czy Mummy utrzymywała kontakt z Reshmą po ich wyjeździe. Budując nowe życie w Ameryce, wszyscy bardzo starali się zapomnieć o tym, co zostawili za sobą. Może więc i lepiej, że nie znała losów dawnej kucharki.
Reshma często towarzyszyła im podczas spacerów do Wrót Indii, pilnując Smity, gdy ta bawiła się pod ich łukiem. Każdego wieczoru można było odnieść wrażenie, że połowa metropolii udawała się na nadmorską promenadę, gdzie unosił się zapach pieczonych kolb kukurydzy. Smita pamiętała, jak ciągnęła ojca za tunikę, prosząc, by kupił jej mieszankę prażonych w piasku orzeszków ziemnych i ciecierzycy. Patrzyła, jak uliczny sprzedawca napełnia papierowy rożek przekąską, skręca spiczasty dół i energicznie jej go podaje. A co z tamtymi wieczorami w porze deszczowej, gdy o zmierzchu słońce rzucało po niebie swoje iskry, malując miasto luminescencyjnym pomarańczem? Czy podczas wszystkich swoich podróży widziała kiedyś zachód słońca, który mógłby się równać zmierzchom jej dzieciństwa?
Kelner odchrząknął, próbując zwrócić na siebie jej uwagę.
– Czy mogę zabrać talerz, proszę pani? – zapytał. – Czy wszystko smakowało?
Odwróciła się w jego stronę.
– Tak, dziękuję. – Uśmiechnęła się. – Czy mogłabym zamówić jeszcze jedną kawę?
– Oczywiście, proszę pani. Smakowała?
Usłyszała w jego głosie dumę. Może nawet coś więcej, i to ją poruszyło. Miała ochotę zapytać go o jego życie, o to, ile zarabia, w jakich warunkach mieszka, ale zauważyła, że w restauracji pojawiło się więcej klientów.
– Tak, bardzo – odparła. – Nigdzie indziej nie ma kawy takiej jak ta.
Kelner skinął głową.
– Gdzie pani mieszka, proszę pani? – zapytał nieśmiało.
– W Ameryce.
– Tak myślałem – powiedział. – Chociaż większość naszych turystów pochodzi z Europy.
– Naprawdę? – zapytała.
Nie miała najmniejszej ochoty opowiadać o swoim życiu. Na tym polegała zaleta bycia reporterką – to ona zadawała pytania, zamiast na nie odpowiadać. Miała nadzieję, że mężczyzna wkrótce przyniesie jej drugą filiżankę kawy. Zerknęła na zegarek, ale kelner nie zrozumiał aluzji.
– Od zawsze marzyłem, żeby studiować zarządzanie w hotelarstwie w Ameryce – dodał.
Podczas swoich podróży Smita słyszała to zdanie wielokrotnie. Słowa brzmiały inaczej, ale marzenie pozostawało to samo – zdobyć wizę turystyczną i znaleźć punkt zaczepienia w Ameryce. A potem zrobić wszystko, co konieczne – jeździć taksówką szesnaście godzin dziennie, harować w dusznej restauracyjnej kuchni, znaleźć pracodawcę, który zasponsoruje pobyt, albo poślubić amerykańskiego obywatela. Celem było zdobycie upragnionej zielonej karty, dwudziestopierwszowiecznej wersji Świętego Graala.
Spojrzała na szczupłego kelnera z zapadniętą klatką piersiową. Widoczny na jego twarzy zapał sprawił, że odwróciła wzrok.
– Niedługo muszę się zbierać – oświadczyła z naciskiem. – Ale życzę panu powodzenia.
Mężczyzna się zarumienił.
– Tak, oczywiście, proszę pani. Przepraszam, proszę pani. – Oddalił się w pośpiechu i niemal od razu wrócił z kolejną filiżanką kawy.
Poprosiła o doliczenie rachunku do pokoju wraz z trzydziestoprocentowym napiwkiem. Wstawała już, żeby wyjść, kiedy kelner przybiegł z powrotem. Niósł białą różę.
– Dla pani, proszę pani. Witamy w Taj.
Wzięła od niego kwiat, niepewna, czy to ich zwyczaj, czy nie.
– Dziękuję – powiedziała. – Jak ma pan na imię? Przypomni mi pan?
– Nie mówiłem pani wcześniej, proszę pani. Joseph – zachichotał.
– Josephie, miło było pana poznać. – Odeszła od niego o krok, po czym się zatrzymała. – Czy może mi pan pomóc? Wie pan, jak daleko stąd jest szpital Breach Candy?
– Oczywiście, proszę pani – odparł. – Taksówką to niedaleko, ale wszystko zależy od ruchu. W recepcji na dole może pani zamówić prywatną taksówkę z klimatyzacją. Będzie to kosztować trochę więcej, proszę pani, ale co zrobić? Warto.
ROZDZIAŁ TRZECI
Pierwszą rzeczą, jaką Smita zauważyła po wejściu do szpitala, były smugi po paanie na ścianach holu. Zaniemówiła. Breach Candy był w czasach jej dzieciństwa najlepszym szpitalem w mieście. To tam gwiazdy filmowe przyjeżdżały na operacje, dlatego widok zacieków z soku betelowego tak ją zaskoczył. Przełknęła niechęć i podeszła do punktu informacyjnego, gdzie siedziała kobieta o zmęczonej twarzy.
– W czym mogę pomóc? – zapytała recepcjonistka.
– Dzień dobry. Chciałabym się dowiedzieć, w którym pokoju leży Shannon Carpenter.
– Odwiedziny zaczynają się o jedenastej. Do tego czasu nikt nie może wchodzić na oddziały – odpowiedziała, patrząc gdzieś ponad ramieniem Smity.
Smita przełknęła ślinę.
– Rozumiem. Przyjechałam do Bombaju późno w nocy i…
– Jedenasta. Bez wyjątków.
Na twarzy Smity widać było irytację.
– Dobrze. Ale czy mogłabym dostać numer sali, żeby…
– Jedenasta.
– Proszę pani, słyszałam. Pytam tylko o numer, żeby nie musieć znowu pani niepokoić.
Kobieta spojrzała gniewnie na Smitę.
– Sala numer dwieście dziewięć. A teraz proszę usiąść.
Smita nie miała wyboru i niczym skarcona uczennica musiała czekać w holu pod czujnym spojrzeniem kobiety. Zerkała na zegar, wdzięczna, że do pory odwiedzin nie zostało zbyt dużo czasu. Gdy wybiła jedenasta, wstała i ruszyła w stronę wind, gdzie zdążyła się już ustawić kolejka. Rozejrzała się za klatką schodową. Pokój Shannon był tylko dwa piętra wyżej. Zdecydowała, że pójdzie schodami.
Gdy dotarła na drugie piętro, uprzejma pielęgniarka wskazała jej drogę do sali Shannon. Idąc korytarzem, Smita dostrzegła na jego końcu niewielką grupkę ludzi i usłyszała podniesiony męski głos. Odwróciła wzrok, skupiając się na odczytywaniu numerów sal. Zajrzała do pustego pokoju, kątem oka spostrzegając morze za oknem. Nagle dopadło ją wspomnienie wizyty w Breach Candy, kiedy towarzyszyła ojcu odwiedzającemu chorego kolegę. Morze wydawało się tak blisko, że myślała wtedy, że szpital zbudowano na statku. Papa roześmiał się, słysząc te słowa, i lekko ścisnął jej ramię, gdy szli korytarzem.
Zbliżyła się do grupy stojącej w holu i już miała odwrócić wzrok, nie chcąc podsłuchiwać tej ewidentnie żarliwej dyskusji, gdy zauważyła, że jedną z osób jest Mohan. Poprzedniego wieczoru sprawiał wrażenie wyluzowanego, a teraz wyglądał na spiętego i wściekłego, gdy mierzył wzrokiem pielęgniarkę i młodego mężczyznę w białym kitlu.
– Proszę natychmiast sprowadzić tu doktora Pala. Pacjentka potrzebuje skuteczniejszego uśmierzania bólu niż to.
– Ale, proszę pana, mówiłem już… – zaczął młody rezydent.
– Arre, yaar, ile razy będziemy wałkować ten temat? – przerwał mu Mohan. – Powiedziałem wyraźnie, że nie jesteśmy zadowoleni z leczenia. A teraz idź i powiedz swojemu przełożonemu, żeby przyszedł z nami porozmawiać.
– Jak pan sobie życzy. – Młody mężczyzna odszedł szybkim krokiem, a pielęgniarka ruszyła za nim.
– Cześć – przywitała się Smita.
– Mohan spojrzał na nią zaskoczony.
– Och, cześć – odparł. – Przepraszam. Nie spodziewałem się, że dotrzesz tu sama. Właśnie miałem po ciebie jechać.
– Cieszę się, że oszczędziłam ci drogi. – Smita zerknęła na kobietę stojącą obok Mohana. – Dzień dobry. Jestem Smita.
Dwudziestoparolatka uśmiechnęła się do niej szeroko.
– Och, dzień dobry, proszę pani. Rozmawiałyśmy wczoraj przez telefon. Jestem Nandini. Tłumaczka Shannon.
– Miło mi panią poznać – powiedziała Smita. W pewien sposób czuła się urażona. Shannon najwyraźniej miała tu całą rzeszę ludzi gotowych do pomocy. Czy naprawdę musiała przerywać jej urlop? – Gdzie jest jej sala? Czy mogę ją zobaczyć?
– Tak, proszę pani. Chwileczkę, proszę pani. – Nandini rzuciła Mohanowi zaniepokojone spojrzenie i odeszła.
– Podali jej basen – wyjaśnił Mohan, podążając za zdziwionym spojrzeniem Smity.
– Och. – Smita się wzdrygnęła. – Jak oni w ogóle…
– Bardzo, bardzo ostrożnie. Choć Shannon uważa inaczej. Pielęgniarki chyba nigdy wcześniej nie słyszały kogoś, kto tak przeklina.
Zauważyła, że Mohan stara się zachować powagę.
– Wiem, co masz na myśli. W redakcji też jest legendą. – Przechyliła głowę. – Nie pracujesz dzisiaj?
– Nie. Miałem w tym tygodniu lecieć na urlop do Singapuru – powiedział. – Ale przyjaciel, z którym miałem jechać, zachorował na dengę, więc odwołałem wyjazd. Teraz mam dwa tygodnie wolnego.
– Dlaczego nie poleciałeś sam?
– A gdzie w tym przyjemność? – Spojrzał na nią, robiąc żałosną minę. – Nie jestem taki jak ty i Shannon. Niezależny. Nienawidzę podróżować sam. Właściwie, szczerze mówiąc, nie znoszę być sam. Chyba pod tym względem jestem typowym chłopakiem z Bombaju.
Ton Mohana był ironiczny, jakby kpił sam z siebie. Żaden szanujący się Amerykanin nie przyznałby się do czegoś takiego. Gdyby któryś z indoamerykańskich mężczyzn, z którymi matka próbowała ją zeswatać, kiedy była młodsza, zwierzył jej się z czegoś podobnego, odniosłaby się do niego z pogardą. Ale tam, na szpitalnym korytarzu, wyznanie Mohana wydało się jej normalne. Ludzkie. Rozumiała jego punkt widzenia.
Smita westchnęła.
– Cóż – rzuciła – wygląda na to, że nam obojgu pokrzyżowano urlopowe plany.
Z sali wyszedł sanitariusz, a chwilę później podbiegła do nich Nandini.
– Proszę wejść – powiedziała. – Shannon bardzo chce panią zobaczyć.
Leżała na łóżku z lekko uniesionym zagłówkiem, a jej włosy rozlewały się po poduszce. Choć próbowała się uśmiechnąć, Smita dostrzegła pot na jej czole i zamglone bólem szare oczy.
– Cześć, kochanie – odezwała się Smita, pochylając się, by pocałować ją w policzek.
– Hej. Przyjechałaś.
– Proszę usiąść – zaproponowała Nandini, przysuwając krzesło.
Smita usiadła i chwyciła Shannon za rękę.
– Tak mi przykro – powiedziała. – Która strona?
– Prawe biodro. I cholera, to moja wina. Czytałam coś w telefonie i potknęłam się o krawężnik.
– Przykro mi. – Smita uniosła wzrok i zauważyła Mohana i Nandini rozmawiających na drugim końcu sali. – Kiedy będą operować? Mohan wspominał, że czekają na konkretnego chirurga. Ale przecież na pewno są inni lekarze, równie dobrzy?
Shannon się skrzywiła.
– To skomplikowana operacja. Złamałam to samo biodro, kiedy miałam dwadzieścia parę lat. Nawet nie pytaj. Dlatego najpierw muszą usunąć starą protezę, a potem wstawić nową. Kość wrosła całkowicie w stare elementy protezy. Masakra. A ten facet, doktor Shahani, podobno ma duże doświadczenie.
– O mój Boże, Shannon. Nie miałam pojęcia.
– No cóż. – Shannon odwróciła głowę. – Mohan. Prosiłeś, żeby wezwali tego cholernego lekarza, czy nie?
– Prosiłem. Rezydent powiedział, że… – Podniósł wzrok. – Właściwie już jest.
Doktor Pal był wysokim, przygarbionym mężczyzną. Za zaplamionymi okularami można było dostrzec zmęczone oczy.
– Tak, proszę pani – odezwał się. – W czym mogę pomóc?
Shannon natychmiast spokorniała.
– Przepraszam, że zawracam głowę, panie doktorze – powiedziała. – Ja… ja tylko chciałam zadać kilka pytań. Po pierwsze, kiedy dokładnie doktor Shahani przyjeżdża do miasta? A po drugie, ból jest nie do zniesienia. Czy nie może mi pan dać czegoś silniejszego?
Twarz starszego lekarza pozostała niewzruszona.
– Ma pani złamane biodro, panno Carpenter. Żeby pozbyć się bólu, potrzebna jest operacja. Niestety doktor Shahani wraca dopiero pojutrze.
– Jezu – skrzywiła się Shannon.
– Przykro mi. – Twarz doktora Pala nieco złagodniała. – Być może uda nam się dobrać inny zestaw leków przeciwbólowych. Albo, jeśli pani zechce, możemy zaplanować operację na jutro z innym chirurgiem.
Shannon spojrzała bezradnie na Mohana.
– Co o tym myślisz?
Drgnął mięsień w jego szczęce.
– Czy ten drugi lekarz jest równie dobry?
Doktor Pal milczał przez chwilę.
– Shahani jest naszym najlepszym chirurgiem, a to skomplikowany przypadek ze względu na starą protezę.
– Czy może pan natychmiast skontaktować się ze specjalistami, którzy mogliby spróbować zmniejszyć jej ból? – zapytał Mohan. – Wtedy będziemy mogli podjąć właściwą decyzję, prawda?
Smita spojrzała na Shannon kątem oka, zastanawiając się, czy wbrew temu, co powiedział Mohan, nie łączy ich coś więcej. Nigdy wcześniej nie widziała, żeby Shannon polegała na jakimś mężczyźnie w ten sposób. Z drugiej strony nigdy wcześniej nie widziała jej w takim stanie.
Doktor Pal skinął głową.
– Wrócę niebawem – oznajmił i wyszedł z sali.
– Dzięki, Mohan – rzuciła Shannon i odwróciła się z powrotem do Smity. – Smits – powiedziała. – Właśnie dlatego poprosiłam cię, żebyś przyjechała.
– Będę przy tobie podczas operacji i później też – odparła Smita natychmiast. – Mam mnóstwo niewykorzystanego urlopu, więc nie ma znaczenia, jak długo będziesz mnie potrzebować.
Shannon pokręciła głową.
– Nie, nie martw się tym. Mohan jest przy mnie – stwierdziła Shannon. Zamknęła na chwilę oczy, po czym znów je otworzyła. – Czytałaś moje teksty o Meenie? Tej kobiecie, która pozywa swoich braci? Za spalenie jej męża żywcem?
– Co? Tak… oczywiście – zapewniła Smita, przypominając sobie kilka szczegółów. Nie śledziła tej historii zbyt uważnie. Jej niechęć do Indii odżyła właśnie przez ten reportaż.
– Świetnie – ucieszyła się Shannon. – Wyrok zapadnie niedługo i potrzebujemy kogoś, kto to opisze. Musisz pojechać do Birwadu. To wioska Meeny.
Smita wpatrywała się w Shannon.
– Nie rozumiem – powiedziała w końcu.
– Zapadnie wyrok – powtórzyła Shannon. – Potrzebujemy tej historii.
W pokoju można było wyczuć ciężkie napięcie, podsycane gniewem, który zalewał Smitę. Miała świadomość, że zarówno Mohan, jak i Nandini się w nią wpatrują. Przygryzając dolną wargę, próbowała sobie przypomnieć szczegóły wczorajszej rozmowy telefonicznej. Czy Shannon wspomniała wtedy, dlaczego ściąga ją do Bombaju? Teraz, gdyby się nad tym zastanowić, nie – nie powiedziała. Dlaczego Shannon nie postawiła sprawy jasno? – pomyślała Smita, nie mogąc się pozbyć uczucia, że została zmanipulowana, zmuszona do przyjechania do jedynego miasta, którego przysięgła sobie już nigdy więcej nie zobaczyć.
– Dlaczego tej historii nie może opisać jakiś niezależny korespondent? – zapytała. – Myślałam, że poprosiłaś mnie, żebym ci pomogła.
Zauważyła, jak Mohan gwałtownie unosi głowę, i dostrzegła wyraz zrozumienia, który pojawił się na jego twarzy.
– Tak było – powiedziała Shannon, wyraźnie zdezorientowana.
I wtedy Smita zrozumiała, że ból przytępia percepcję przyjaciółki.
– Więc sprawa wygląda tak – mówiła Shannon, zupełnie nieświadoma gniewu Smity. – Nie wiem, ile pamiętasz z tej historii. Ta kobieta, Meena, została podpalona przez własnych braci za to, że wyszła za muzułmanina. Zabili jej męża. Ona cudem przeżyła. Dzięki prawniczce, która wzięła jej sprawę pro bono, policja została zmuszona do wznowienia śledztwa.
Shannon co chwilę zamykała i otwierała oczy, jakby walczyła jednocześnie ze snem i bólem.
– W każdym razie sąd ma wkrótce wydać wyrok. A zapewne wiesz, jak wolno działają sądy w Indiach – rzuciła szybkie spojrzenie w stronę Mohana – więc zdajesz sobie sprawę, jaki to cud. Musimy tam być, kiedy zapadnie decyzja, Smits.
– Oczywiście – przytaknęła Smita. – Ale dlaczego nie poprosiłaś kogoś z biura w Delhi, żeby się tym zajął?
Shannon sięgnęła ręką i nacisnęła przycisk, żeby przywołać pielęgniarkę.
– Przepraszam. Biodro boli mnie jak diabli. Chyba pora na kolejną dawkę leków.
– Pójdę po pielęgniarkę – powiedział natychmiast Mohan, ale Shannon pokręciła głową.
– Nie. Nie trzeba. Zaraz ktoś przyjdzie. Personel tu jest całkiem dobry. – Shannon znów zwróciła się do Smity: – Normalnie wyrok relacjonowałby James, ale jest w Norwegii. Jego żona ma niedługo rodzić. A Rakesh… – zawahała się – przejmuje temat, nad którym teraz pracuję. Poza tym nie jestem pewna, czy Meena w ogóle zgodzi się rozmawiać z mężczyzną, Smits. Ona mieszka w całkowicie muzułmańskiej wiosce. To bardzo konserwatywne miejsce.
– Shannon ma rację – potwierdził Mohan. – Ja… moi rodzice pochodzą z Suratu, niedaleko Birwadu. To w Gudźaracie, tuż za granicą z Maharasztrą. Znam tamtych ludzi. Nie ma mowy, żeby kobiecie pozwolono rozmawiać z mężczyzną.
Do sali weszła pielęgniarka, a Shannon poprosiła o swoje tabletki.
– Shukriya – powiedziała Shannon, a Smita zauważyła zaskoczony uśmiech pielęgniarki, gdy amerykańska pacjentka podziękowała jej w hindi.
– Nie ma za co, proszę pani – odparła pielęgniarka.
Shannon jęknęła cicho i ścisnęła dłoń Smity, czekając, aż minie kolejna fala bólu.
– Dlaczego nie podłączyli cię do kroplówki z morfiną? – zapytała ostro Smita.
Shannon spojrzała na nią krzywo.
– W Indiach nie stosują jej tak powszechnie jak u nas. – Westchnęła. – Napiszę o tym artykuł, jak tylko poczuję się lepiej.
– To jakiś absurd.
W pokoju zapadła nagła cisza, jakby wszystkim skończyły się tematy do rozmowy. Smita zwróciła się do Nandini.
– Byłaś tam? W Birwadzie? Jak to daleko stąd?
– Tak, byłam. To około pięć godzin jazdy – odpowiedziała Nandini ponuro, co zaskoczyło Smitę.
– Rozumiem.
Smita przygryzła paznokieć, próbując zyskać na czasie. W głowie wszystko jej wirowało.
Po telefonie Shannon musiała nagle zrezygnować z urlopu i jakoś pogodziła się z myślą o powrocie do Bombaju. Gdy siedziała w hotelowym pokoju na Malediwach, przypominała sobie ich wspólną historię – pracowały razem w „Philadelphia Inquirer”; później Smita dostała posadę w Nowym Jorku dzięki wstawiennictwu Shannon. Osiem miesięcy wcześniej, gdy zmarła Mummy, Shannon, która akurat była wtedy w Stanach, wzięła trzy dni wolnego i poleciała do Ohio na pogrzeb. To właśnie ten ostatni gest przyjaźni, to poczucie długu, który należało spłacić, sprawiły, że Smita powiedziała „tak”, gdy Shannon poprosiła ją o przylot do Bombaju. Była przekonana, że zgadza się pomóc przez kilka dni, aby przyjaciółka mogła dojść do siebie. Zamiast tego musiała się mierzyć ze wszystkim, czego w tym kraju nienawidziła – z tym, jak traktowano kobiety, z konfliktami religijnymi i konserwatyzmem. Ale przecież jesteś reporterką od spraw kobiet – upomniała samą siebie. Nic dziwnego, że Shannon zwróciła się do ciebie. Zwłaszcza że byłaś zaledwie trzy godziny lotu stąd.
– O czym właściwie mówimy? – zapytała Smita. – Tylko o relacji po ogłoszeniu wyroku, prawda?
– Sama zdecydujesz – odparła Shannon. – Może spotkaj się najpierw z Meeną i przygotuj coś o niej. Co myśli, jakie ma nadzieje i obawy. A potem kolejny tekst, o reakcji lokalnej społeczności, gdy sędzia ogłosi wyrok. Co o tym myślisz? – Spojrzała na Nandini. – Nan jest rewelacyjna. Prawdziwa profesjonalistka. Pomoże ci we wszystkim, w czym tylko będzie mogła.
Smita postanowiła powiedzieć to wprost.
– Cóż, nie potrzebuję tłumacza. Mój hindi nie jest świetny, ale chyba sobie poradzę. Oni mówią w hindi, prawda?
– Tak. I w dziwnym dialekcie marathi.
– Jeśli mogę – wtrącił Mohan – najważniejsze jest to, że dotarcie tam będzie problematyczne. To wiejska okolica. Dlatego ktoś taki jak Nandini, kto zna drogę, naprawdę się przyda.
Nandini skrzywiła się za jego plecami, ale zauważyła to tylko Smita.
– Jest stacja kolejowa, ale nie tak blisko Birwadu – wyjaśniła Shannon. – Nawet motel, w którym zwykle nocujemy, jest dość daleko od wioski. Będzie wam potrzebny samochód.
Smita skinęła głową. Nie miała zamiaru jechać pociągiem przez Indie.
Pielęgniarka wróciła z tabletkami i butelką wody, ale Shannon kiwnęła, żeby położyć je na stoliku przy łóżku. Gdy kobieta wyszła, Shannon zrobiła smutną minę.
– Jak je zażyję, odpłynę na kilka godzin. Muszę wam teraz przekazać wszystkie informacje.
– Dobrze – powiedziała Smita.
Wszystko wymykało się spod jej kontroli. Nie miała jak odmówić. Jaki powód, który mogłaby podać redaktorowi Cliffowi, usprawiedliwiałby to, że nie może wykonać tego zadania, skoro jakoś zdołała tu przyjechać? Cliff zapewne dał Shannon zielone światło na to, żeby się z nią skontaktowała. Cholera – pomyślała Smita – pewnie uważał, że wyświadcza mi przysługę, dając świetne zadanie. Ale dlaczego nie uprzedził jej wcześniej, żeby oszczędzić jej upokorzenia wynikającego z tego nieporozumienia?
Shannon zacisnęła zęby z bólu i zaczęła mówić szybciej, sięgając jednocześnie po szklankę wody i dwie białe tabletki. Smita poczuła nagły skurcz w żołądku. Nigdy nic sobie nie złamała i nagle poczuła z tego powodu głęboką wdzięczność.
– Jeśli podasz mi mój telefon, dam ci numer Anjali – mówiła Shannon. – To prawniczka, która pomaga Meenie. Z tego co wiem, Meena nadal mieszka z teściową na obrzeżach Birwadu. A tak przy okazji, wierzcie lub nie, ale bracia wyszli za kaucją i chodzą na wolności. Porozmawiaj z nimi. I przeprowadź wywiad z naczelnikiem wioski. Niezłe z niego ziółko. Terroryzował ją nawet przed ślubem. – Shannon połknęła tabletki. – Jeśli przejrzysz moje wcześniejsze artykuły, znajdziesz nazwę wioski braci. A może Nandini pamięta. Jest też gdzieś siostra… – Shannon odłożyła szklankę. – Dzięki, że to robisz, Smits. Mam u ciebie dług.
Smita odrzuciła resztki swoich wątpliwości. Prawda była taka, że sama poprosiłaby o podobną przysługę, gdyby role się odwróciły, a Shannon pomogłaby jej, nie okazując najmniejszego żalu ani niezadowolenia.
– Nie ma sprawy – powiedziała Smita. – Zadzwonię dziś do Anjali i ustalę, kiedy wyruszamy. Jeśli się uda, chciałabym być przy operacji.
– Nie ma potrzeby. Mohan pomoże…
– To dobry pomysł – przytaknęła Nandini, energicznie kiwając głową. – Musimy tu być podczas operacji.
– Nie ma potrzeby – powtórzyła Shannon. – Ty musisz pomagać Smicie.
Rozmawiały jeszcze przez piętnaście minut, po czym Shannon zamknęła oczy. Wciągnęła głośno powietrze i zaczęła cicho chrapać.
Smita zwróciła się do Mohana:
– Jak długo nie będzie z nią kontaktu?
Mężczyzna spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem.
– Kontaktu?
– Yyy… przepraszam. Chodzi mi o to, jak długo będzie spała po tych tabletkach.
– Ach, rozumiem. Mam nadzieję, że trzy, cztery godziny. Ale często ból budzi ją wcześniej.
– Dobrze. – Rozejrzała się po pokoju, chciała porozmawiać z Mohanem na osobności. – Czy można gdzieś tu napić się kawy?
– Tak, oczywiście – odpowiedział od razu. – Chcesz, żebym poszedł…?
– Pójdę z tobą – rzuciła, wstając, zanim zdążył zareagować. Odwróciła się do Nandini. – Co mamy ci przynieść?
– Nic, dziękuję.
– Na pewno? Musisz być zmęczona.
– Naprawdę nie trzeba.
– Dobrze.
– Nie powinnaś złościć się na Nandini – odezwał się Mohan, gdy tylko opuścili pokój. – Ona po prostu bardzo martwi się o Shannon. Czuje się za nią odpowiedzialna.
– Dlaczego? Przecież to był wypadek.
Mohan wzruszył ramionami.
– Jej rodzina to niższa klasa średnia. Nandini jest pierwszą osobą w rodzinie, która poszła na studia. Pracuje z Amerykanką, która jest dla niej dobra i sprawia, że czuje się doceniona. Dobrze zarabia, bo jest zatrudniona przez zachodnią gazetę. To dlatego jest taka lojalna.
– Jak długo znasz Shannon?
– Około dwóch lat.
– Jesteś dobrym przyjacielem – stwierdziła Smita, gdy czekali na windę. – Tak jej pomagasz.
– Ty też. Przerywasz wakacje, żeby wrócić do swojej ojczyzny i jej pomóc.
– Mojej ojczyzny?
– Tak, oczywiście. Mówiłaś, że tu się urodziłaś, prawda?
– Tak, ale wiesz… byłam nastolatką, kiedy wyjechaliśmy. – Smita pokręciła głową. – Nie wiem. Nie myślę o Indiach w ten sposób.
– A jak myślisz?
Dlaczego ten facet jest taki drażliwy?
– Nie… nie myślę o tym za dużo – przyznała w końcu. – Nie chcę, żeby to zabrzmiało niegrzecznie.
Mohan skinął głową. Po chwili powiedział:
– Miałem kolegę na studiach. Pojechał na miesiąc do Londynu podczas wakacji. Na miesiąc. Kiedy wrócił, nagle zaczął mówić z brytyjskim akcentem, jak jakiś gora.
Drzwi windy się otworzyły i weszli do środka. Smita czekała, aż Mohan powie coś więcej, ale milczał.
– Co to ma wspólnego ze mną? – zapytała w końcu.
– Nienawidzę tego kompleksu niższości, który ma tak wielu z naszych, moich, ludzi. Wszystko, co zachodnie, jest najlepsze.
Smita czekała, aż znajdą się poza windą. Zauważyła, że młody chłopak jadący z nimi, podsłuchiwał ich rozmowę. W holu powiedziała:
– Słuchaj, rozumiem cię, ale ja mieszkam w Stanach od dwudziestu lat. Jestem obywatelką Ameryki.
Mohan zatrzymał się i spojrzał na nią z góry, mierząc ją wzrokiem. Po chwili wzruszył ramionami.
– Przepraszam, yaar – mruknął. – Nie wiem, jak zeszliśmy na ten głupi temat. Chalo, chodźmy po twoją kawę. Kawiarnia jest tam.
Smita miała wrażenie, że straciła w jego oczach.
Niech mu tam – pomyślała. On jest jakimś narodowcem.
– Rano wyszedłem bez śniadania – napomknął Mohan. – Chcesz coś jeszcze? Poza kawą?
– Zjadłam w hotelu. Ale ty się nie krępuj.
Mohan poprosił o masala dosę. Smita rozważała zamówienie świeżego soku, ale ostatecznie została przy kawie.
– Kiedyś uwielbiałam słodki sok z limonki – odezwała się.
– To zamów, yaar – odparł Mohan bez zastanowienia.
– Obawiam się, że może mi zaszkodzić na żołądek.
– Twój amerykański żołądek – powiedział Mohan z rozbawieniem w głosie.
Gdy przyniesiono dosę, Mohan oderwał kawałek naleśnika i podał Smicie.
– Weź, weź, yaar. Nic ci się nie stanie. A jeśli będziesz miała problemy z brzuchem, to dobrze się składa, że jesteś w szpitalu.
Smita przewróciła oczami i zaczęła gryźć naleśnik. Nawet bez ziemniaczanego nadzienia dosa była nieziemska, lepsza niż jakakolwiek, jaką jadła w Stanach.
– Ale pyszne – pochwaliła.
Jego twarz się rozświetliła, natychmiast przywołał kelnera i zamówił kolejną.
– Częstuj się. Ja zaraz dostanę swoje zamówienie.
– Absolutnie nie. To ty jesteś głodny.
– A ty gapisz się na dosę, jakbyś umierała z głodu. Jedz. Widać, że brakowało ci smaku domu.
Łzy, które pojawiły się w jej oczach, zaskoczyły ich oboje.
Zażenowana, odwróciła wzrok. Nie była wstanie wytłumaczyć, że Mohan powiedział dokładnie to, co Mummy powtarzała o tęsknocie za widokami, zapachami i smakami Indii.
Mohan odchylił się na krześle, obserwując ją z satysfakcją.
– Widzisz? – powiedział po kilku minutach. – W głębi serca nadal jesteś desi.
Smita przestała przeżuwać.
– Dlaczego to dla ciebie takie ważne? Żebym poczuła więź z – zrobiła cudzysłów w powietrzu – ojczyzną?
Kelner postawił przed Mohanem jego dosę.
– Shukriya – podziękował Mohan i zwrócił się do Smity: – Nie chodzi o to, czy to dla mnie ważne, czy nie, yaar. Chodzi po prostu o to… Kto mógłby opuścić Bombaj i za nim nie tęsknić?
– Za czym miałabym tęsknić? Za tym, że za każdym razem, gdy jechałam autobusem, jakiś obcy mężczyzna czuł się uprawniony do tego, żeby mnie dotykać? Albo że za każdym razem, gdy chciałam wyjść w krótkiej sukience, tata mi nie pozwalał, bo na ulicy kręcili się chuligani? Powiedz mi.
– Ale to nie fair – sprzeciwił się Mohan. – Takie rzeczy zdarzają się wszędzie na świecie.
– Pewnie. Na pewno. Ale próbuję ci coś wytłumaczyć. Twój Bombaj to nie to samo co mój Bombaj.
– Dobrze, rozumiem – skrzywił się Mohan. – Moja siostra często mówiła dokładnie to samo.
– Właśnie – przytaknęła i przełknęła ostatni łyk kawy. – Ile ma lat twoja siostra?
– Dwadzieścia cztery.
– I studiuje w Bombaju?
– Shobna? Nie, jest zamężna. Przeniosła się do Bangaluru. Tylko ja zostałem w Bombaju.
– Jesteś tu w mieście sam? – zapytała.
– Tak. Chociaż nienawidzę być sam.
Mohan wyglądał na zakłopotanego i na ten widok Smita wybuchnęła śmiechem. Coś w nim przypominało jej brata, Rohita.
– Jeśli nie masz nic przeciwko, zamówię kanapkę dla Nandini – oznajmił Mohan. – Dojeżdża tu dwoma autobusami. Jestem pewien, że dziś nic nie jadła.
Tak, Mohan był bardzo podobny do Rohita.
– Świetnie – powiedziała, nawet nie proponując, że zapłaci rachunek. Był chłopakiem z Bombaju, a ci nie pozwalali gościom za siebie płacić. Smita dobrze pamiętała tę zasadę.
Thrity Umrigar – autorka powieści „Pieśń zbuntowanych serc”. Urodzona w Bombaju, w swoich bestsellerowych powieściach porusza temat zderzenia kultur, więzi rodzinnych i emocji, które potrafią zmienić całe życie. Wykłada anglistykę na uniwersytecie w Cleveland, a jako dziennikarka pisała między innymi dla „The New York Times”. Jej książki ukazały się w ponad 20 krajach.
Pisząc „Pieśń zbuntowanych serc”, autorka czerpała z prawdziwych wydarzeń.