Czy w kraju, w którym zasady mają większą wagę niż głos serca,
jest miejsce na miłość?
HINDUSKA POZYWA SWOICH BRACI, KTÓRZY ZABILI JEJ MUZUŁMAŃSKIEGO MĘŻA
Shannon Carpenter – korespondentka w Azji Południowej
Blizny na jej twarzy tworzą wzór przypominający konstelację gwiazd. Lewe oko jest trwale zamknięte, a dzięki szwom udało się poskładać stopiony policzek i usta. Przez ogień straciła sprawność w lewej dłoni, ale po operacjach rekonstrukcyjnych Meena Mustafa znów potrafi trzymać łyżkę prawą ręką i jeść samodzielnie. Ogień, który odebrał życie jej mężowi Abdulowi, został ugaszony dawno temu. Mężczyzna został rzekomo podpalony przez dwóch braci pani Mustafy – hindusów, rozwścieczonych jej ucieczką z muzułmaninem. Policja twierdzi, że bracia próbowali zabić ich oboje, aby pomścić hańbę spowodowaną międzywyznaniowym małżeństwem.
– Nie umarłam tej nocy w pożarze – mówi pani Mustafa. – Ale moje życie wtedy się skończyło.
Teraz w jej sercu płonie nowy ogień – palące pragnienie sprawiedliwości. To ono sprawiło, że sprzeciwiła się woli rozgoryczonej teściowej i muzułmańskich sąsiadów oraz zażądała ponownego otwarcia sprawy przez policję. Z pomocą grupy Lawyers for Change pracującej pro bono pani Mustafa pozywa swoich braci. Mówi, że robi to, by dochodzić sprawiedliwości dla zmarłego męża. W kraju, w którym przypadki śmierci dla posagu, molestowania seksualnego oraz palenie żon są zjawiskiem powszechnym, taki akt sprzeciwu czyni z pani Mustafy postać wyjątkową w jej społeczności. Ta decyzja uczyniła ją jednak także społecznym pariasem w tej niewielkiej, konserwatywnej muzułmańskiej wiosce, gdzie wielu obawia się odwetu ze strony hinduskiej większości. Mimo to pani Mustafa pozostaje niewzruszona.
– Walczę dla dobra mojego dziecka. Chcę powiedzieć mojej córce, że walczyłam przez wzgląd na jej ojca – mówi.
Pani Mustafa, kobieta drobna i skromna, ma łagodne usposobienie, które skrywa żelazną wolę. To właśnie dzięki niej wcześniej przeciwstawiła się starszemu bratu i podjęła pracę w lokalnej szwalni, gdzie poznała swojego przyszłego męża. Za namową prawniczki zgodziła się udzielić wywiadu w nadziei, że jej odwaga zainspiruje inne indyjskie kobiety do konfrontacji ze swoimi oprawcami.
– Niech świat dowie się, co zrobili mojemu Abdulowi – mówi. – Ludzie muszą poznać prawdę.
CZĘŚĆ PIERWSZA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
W powietrzu unosił się zapach palonej gumy.
To była pierwsza rzecz, którą Smita Agarwal zauważyła, gdy z chłodnego, sterylnego lotniska weszła w ciepłą, spokojną noc w Bombaju. Nagle uderzył ją hałas – niski pomruk tysiąca ludzkich głosów, przerywany co jakiś czas wybuchami śmiechu i przenikliwym dźwiękiem policyjnych gwizdków. Cofnęła się i otworzyła szeroko usta na widok ściany ludzi stojących za metalowymi barierkami, czekających na swoich krewnych. Zastanawiała się, czy w 2018 roku wciąż obowiązuje stary indyjski zwyczaj, zgodnie z którym całe rodziny odprowadzają bliskich, ruszających w podróż, lecz zanim zdążyła dokończyć tę myśl, poczuła pieczenie w gardle od unoszących się w powietrzu spalin i pulsowanie w uszach od samochodów ryczących tuż za tłumem oczekujących.
Smita stała przez chwilę bez ruchu, nieco skulona. Przez większą część roku podróżowała, jako korespondentka zagraniczna jeździła po całym świecie, a jednak kilka sekund po wylądowaniu w Indiach czuła się przytłoczona krajem uderzającym w nią jak tornado lub tsunami zmiatające wszystko na swojej drodze.
Zmrużyła oczy i ponownie usłyszała szum fal na Malediwach, w raju, który opuściła zaledwie kilka godzin wcześniej. W tej jednej chwili znienawidziła cały ten dziwny splot wydarzeń, który przywiódł ją do jedynego miejsca, jakiego przez całe dorosłe życie starała się unikać. Akurat spędzała urlop blisko Indii, a Shannon rozpaczliwie potrzebowała pomocy i jej kontakt był w stanie załatwić Smicie sześciomiesięczną wizę turystyczną w ciągu zaledwie kilku godzin. Teraz żałowała, że jego starania się powiodły.
Weź się w garść – pomyślała Smita, powtarzając w myślach surową reprymendę, jakiej udzieliła sobie podczas lotu. Pamiętaj, Shannon jest bliską przyjaciółką. Przypomniało jej się, że w mrocznych dniach po pogrzebie Mummy Shannon potrafiła wywołać uśmiech na twarzy Papy. Nie bez trudu odsunęła ten obraz, wpatrując się w tłum w nadziei, że dostrzeże kierowcę wysłanego przez Shannon. Jakiś mężczyzna spojrzał na nią impertynencko i ułożył usta w sugestywny dzióbek. Odwróciła wzrok, szukając w tłumie kogoś trzymającego kartkę z jej imieniem, jednocześnie sięgnęła po telefon, aby zadzwonić do Shannon. Zanim jednak zdołała znaleźć telefon, zobaczyła go – wysokiego mężczyznę w niebieskiej koszuli, trzymającego karton z jej imieniem. Z ulgą podeszła do niego.
– Cześć – powiedziała zza metalowej barierki. – Jestem Smita.
Spojrzał na nią, mrugając, wyraźnie zdezorientowany.
– Mówi pan po angielsku? – zapytała ostro, uświadamiając sobie, że zadała to pytanie właśnie w tym języku. Wyszła z wprawy i czuła się niepewnie, mówiąc w hindi.
Mężczyzna w końcu się odezwał płynną, nienaganną angielszczyzną.
– Smita Agarwal? – zapytał, zerkając na tabliczkę. – Ale miała pani dotrzeć dopiero o… Samolot przyleciał wcześniej?
– Co? Tak, chyba tak. Jestem wcześniej – odpowiedziała, patrząc na niego. Chciała zapytać, gdzie jest samochód, aby jak najszybciej wydostać się z lotniska i znaleźć się w hotelu Taj Mahal Palace przy Apollo Bunder, gdzie, miała nadzieję, czekały na nią długi, gorący prysznic i wygodne łóżko. On jednak wciąż się jej przyglądał. Jej irytacja rosła. – To jak? Jedziemy? – zapytała.
Mężczyzna wyprostował się jak na komendę.
– Tak, tak. Przepraszam. Oczywiście. Proszę. Tędy. – Wskazał, żeby ruszyła w stronę przerwy w barierkach.
Mijała hałaśliwe, piskliwe powitania, lawinę pocałunków składanych na twarzach i głowach nastolatków przez kobiety w średnim wieku, przesadne, niedźwiedzie uściski, którymi dorośli mężczyźni witali się ze sobą. Odwróciła wzrok, nie chcąc stracić z oczu kierowcy, gdy ten przeciskał się przez tłum w stronę przejścia.
Po drugiej stronie barierek sięgnął po jej bagaż podręczny, po czym rozejrzał się zdezorientowany.
– Gdzie reszta pani walizek?
Smita wzruszyła ramionami.
– To wszystko.
– Tylko jedna torba?
– Tak. I plecak.
Mężczyzna pokręcił głową.
– O co chodzi?
– Nic – powiedział, gdy znów ruszyli. – Po prostu… Shannon mówiła, że jest pani Induską.
– Jestem Amerykanką pochodzenia indyjskiego. Ale co to ma…?
– Nie sądziłem, że gdziekolwiek na świecie istnieje Indus, który potrafi podróżować z tylko jedną walizką.
Skinęła głową, przypominając sobie opowieści rodziców o krewnych podróżujących z bagażami wielkości małych łodzi.
– Coś w tym jest. – Przyjrzała mu się uważnie, zdezorientowana. – A pan jest… kierowcą Shannon?
W blasku ulicznej latarni dostrzegła błysk w jego oczach.
– Myśli pani, że jestem jej szoferem?
Spojrzała na dżinsy, modnie skrojoną koszulę, drogie skórzane buty i wiedziała, że popełniła gafę.
– Shannon mówiła, że wyśle kogoś, żeby mnie odebrał – wymamrotała. – Nie powiedziała kogo. Po prostu założyłam, że… – Spojrzała na jego rozbawiony wyraz twarzy. – Przepraszam.
Mężczyzna pokręcił głową.
– Nie, w porządku. Nie musisz przepraszać. Nie ma nic złego w byciu kierowcą. Ale tak się składa, że jestem przyjacielem Shannon. Po prostu zaproponowałem, że cię odbiorę, skoro przylatywałaś tak późno. – Posłał jej szybki uśmiech. – Tak przy okazji, jestem Mohan.
Wskazała na siebie.
– Smita.
– Wiem. Tak mam tu zapisane. – Machnął trzymanym kartonem.
Zaśmiali się niezręcznie.
– Dziękuję za pomoc – powiedziała.
– Nie ma sprawy. Tędy do samochodu.
– Więc… powiedz mi – odezwała się Smita, gdy ruszyli. – Jak się czuje Shannon?
– Bardzo cierpi. Jak wiesz, biodro jest złamane. Przez to, że był weekend, nie mogli przeprowadzić operacji. A teraz zdecydowali się poczekać jeszcze parę dni, aż wróci doktor Shahani. To najlepszy chirurg w całym mieście. A jej przypadek jest skomplikowany.
Spojrzała na niego z ciekawością.
– Czy ty… jesteś blisko z Shannon?
– Nie jesteśmy parą, jeśli o to pytasz. Ale jest moją bardzo dobrą przyjaciółką.
– Rozumiem.
Poczuła ukłucie zazdrości – jako korespondentka w Azji Południowej Shannon mogła zapuścić korzenie, nawiązać relacje z miejscowymi. Smita, której specjalnością były kwestie genderowe, rzadko kiedy przebywała w jednym miejscu dłużej niż tydzień czy dwa. Nigdzie nie zostawała wystarczająco długo, żeby zasiać ziarna przyjaźni. Zerknęła na walizkę, którą niósł za nią Mohan. Zdziwiłby się, gdyby wiedział, że w jej nowojorskim mieszkaniu miała spakowane dwie inne, identyczne torby, gotowe do drogi.
Mohan mówił dalej o Shannon, a Smita starała się słuchać. Wspominał, jak przerażona była, gdy dzwoniła do niego ze szpitala, jak natychmiast ruszył, żeby być przy niej. Smita skinęła głową. Przypomniała sobie czas, gdy leżała z grypą w szpitalu w Rio, i jak samotnie się czuła, chorując w obcym kraju. A tamten szpital był zapewne rajem w porównaniu z tym tutaj. Choć Shannon relacjonowała wydarzenia z Indii od – jak dawna? Może trzech lat? – Smita nie potrafiła sobie wyobrazić, by miała przechodzić operację samotnie w obcym kraju.
– A warunki w szpitalu? – zapytała Mohana. – Są dobre? Wyjdzie z tego?
Zatrzymał się, odwrócił w jej stronę i spojrzał z uniesionymi brwiami.
– Tak, oczywiście. Jest w Breach Candy. To jeden z najlepszych szpitali, a Indie mają jednych z najlepszych lekarzy na świecie. Wiesz, że to teraz kierunek turystyki medycznej?
Rozbawiła ją jego urażona duma, łatwość, z jaką czuł się dotknięty – cecha, którą zauważyła u wielu indyjskich przyjaciół Papy, nawet u tych – a może zwłaszcza u tych – którzy od dawna mieszkali w Stanach.
– Nie chciałam, żeby to zabrzmiało nieuprzejmie – powiedziała.
– Nie, w porządku. Wielu ludzi nadal uważa, że Indie są zacofane.
Smita przygryzła wargę, żeby myśl, która nagle przyszła jej do głowy, nie wymknęła się na głos – taki był ten kraj, kiedy tu mieszkałam.
– Nowe lotnisko jest przepiękne – dodała pojednawczo. – O lata świetlne wyprzedza większość amerykańskich lotnisk.
– Tak. Jak pięciogwiazdkowy hotel.
Podeszli do małego czerwonego samochodu. Mohan otworzył go, wrzucił jej walizkę do bagażnika i zapytał:
– Wolisz usiąść z przodu czy z tyłu?
Spojrzała na niego zaskoczona.
– Usiądę z przodu, jeśli nie masz nic przeciwko.
– Oczywiście. – Choć jego twarz pozostała niewzruszona, Smita usłyszała w jego głosie nutkę rozbawienia. – Pomyślałem tylko… skoro wzięłaś mnie za kierowcę Shannon, może wolałabyś jechać z tyłu.
– Przepraszam – powiedziała nieco bezradnie.
Wyjechał z parkingu, włączył się do ruchu, po czym zaklął cicho na widok sznura samochodów, opuszczających lotnisko zderzak w zderzak.
– Dużo aut, nawet o tej porze – zauważyła Smita.
Cmoknął z irytacją.
– Dokładnie, yaar[1]. Ruch w tym mieście z kiepskiego zrobił się wręcz katastrofalny. – Zerknął na nią. – Ale nie martw się. Jak tylko wyjedziemy na główną drogę, będzie lepiej. Dotrzemy do hotelu w mgnieniu oka.
– Mieszkasz niedaleko hotelu Taj?
– Ja? Nie. Mieszkam w Dadarze. Bliżej lotniska niż hotelu.
– Och! – wykrzyknęła. – To absurdalne. Ja… mogłam po prostu wziąć taksówkę.
– Nie, nie. To niebezpieczne, żeby kobieta wsiadała w taksówkę o tej porze. Poza tym to Indie. Nigdy nie pozwolilibyśmy gościowi brać taksówkę z lotniska.
Przypomniała sobie rodziców jadących na lotnisko Columbus przez śnieg z deszczem i zimowe burze Ohio, żeby odebrać gości. Indyjska gościnność. Była prawdziwa.
– Dziękuję – powiedziała.
– Nie ma za co. – Pogrzebał przy pokrętle klimatyzacji. – Wygodnie ci? Za ciepło? Za zimno?
– Możesz podkręcić trochę nawiew? Nie mogę uwierzyć, jak tu gorąco, nawet w styczniu.
Mohan rzucił jej przelotne spojrzenie.
– Uroki globalnego ocieplenia, zaimportowanego do biednych krajów, takich jak Indie, z bogatych krajów, takich jak twój.
Czy Mohan był jednym z tych nacjonalistycznych typów, jak przyjaciel Papy, Rakesh – człowiek, który pomstował na Zachód i od czterdziestu lat planował swój nieuchronny powrót do Indii? A jednak Mohan się nie mylił, prawda? Ona również wielokrotnie powtarzała te argumenty.
– Jasne – przyznała. Ogarniała ją senność i była zbyt wyczerpana, żeby wdawać się w polityczną dysputę.
Mohan zauważył jej zmęczenie.
– Zdrzemnij się, jeśli chcesz – zaproponował. – Mamy przed sobą co najmniej kolejne trzydzieści minut.
– Nie, dam radę – odparła, potrząsając głową, i spojrzała na rudery ciągnące się wzdłuż chodnika.
Nawet o tak późnej porze kilku mężczyzn, odzianych w koszule z krótkim rękawem i lungi, siedziało bezczynnie przy otwartych wejściach do domów, gdzie od czasu do czasu paliły się lampy naftowe. Smita przygryzła dolną wargę. Bieda krajów Trzeciego Świata nie była jej obca, lecz obraz, obok którego właśnie przejeżdżali, niewiele różnił się od tego, co pamiętała z dzieciństwa. Jakby mijała te same slumsy i tych samych mężczyzn co ostatnim razem, gdy dwadzieścia lat temu, w 1998 roku, ona i jej rodzina jechali na lotnisko. Tyle z nowoczesnych, zglobalizowanych Indii, o których wciąż czytała.
– Rząd zapłacił tym ludziom, żeby się przenieśli do mieszkań komunalnych – mówił Mohan. – Ale odmówili.
– Naprawdę?
– Tak słyszałem. A jak w demokratycznym kraju zmusić ludzi do przesiedlenia?
Zapadła krótka cisza i Smita odniosła wrażenie, że przez to, że tak otwarcie wpatruje się w mijane slumsy, Mohan poczuł potrzebę bronienia swojego miasta. Często obserwowała to zjawisko w swojej pracy, gdy klasa średnia w biednych krajach wzdryga się, słysząc osąd płynący z Zachodu. Kiedyś, podczas pobytu na Haiti, lokalny urzędnik niemal splunął jej w twarz i przeklął amerykański imperializm, gdy zapytała go o korupcję w jego okręgu.
– Chyba nie można ich winić – stwierdziła. – To ich dom.
– Właśnie. Dokładnie to próbuję wytłumaczyć moim przyjaciołom i współpracownikom. Ale oni nie potrafią tego zrozumieć, a tobie zajęło to mniej niż dziesięć minut.
Smita poczuła ciepło na słowa Mohana, jakby wręczył jej małe trofeum.
– Dziękuję. Ale kiedyś tu mieszkałam, więc rozumiem.
– Mieszkałaś tutaj? Kiedy?
– W dzieciństwie. Wyjechaliśmy z Indii, gdy miałam czternaście lat.
– Aha. Nie miałem pojęcia. Choć Shannon mówiła, że jesteś Induską, po prostu założyłem, że urodziłaś się za granicą. Brzmisz jak pucca[2] Amerykanka.
Smita wzruszyła ramionami.
– Dzięki. Chyba.
– Masz tu rodzinę?
– Niezupełnie – odpowiedziała i zanim zdążył zadać kolejne pytanie, dodała: – A ty? Czym się zajmujesz? Też jesteś dziennikarzem?
– Ha. Dobry żart. Nie potrafiłbym robić tego, co ty i Shannon. Nie umiem dobrze pisać. Jestem informatykiem. Pracuję z komputerami w Tata Consultancy. Słyszałaś o Tata?
– Tak, oczywiście. Czy to nie oni kilka lat temu kupili Jaguara i Land Rovera?
– Zgadza się. Tata produkuje wszystko, od samochodów, przez mydło, po elektrownie. – Opuścił nieco szybę. – Zaraz wjeżdżamy na most Sea Link, który łączy Bandrę z Worli. Oczywiście nie było go jeszcze, kiedy tu mieszkałaś. Ale to bardzo skróci nam drogę.
Smita chłonęła światła miasta, gdy samochód wjeżdżał na wantowy most, rozpięty nad ciemnymi wodami Morza Arabskiego.
– Wow. Bombaj wygląda jak każde inne miasto na świecie. Moglibyśmy być w Nowym Jorku albo w Singapurze.
Z wyjątkiem kwaśnego zapachu ciepłego powietrza wpadającego do samochodu – pomyślała. Już miała zapytać o niego Mohana, ale się rozmyśliła. Była gościem w jego mieście i czuła napięcie w żołądku w związku z tym, że zbliżali się do celu. Prawda była taka, że nie chciała być w Bombaju. Bez względu na to, ile pięknych mostów zostało wybudowanych, i na to, jak uwodzicielska była jego nowa, oszałamiająca panorama, nie chciała tu być. Spędzi kilka dni z Shannon w szpitalu, a potem wyjedzie, najszybciej jak się da. Będzie już za późno, żeby wrócić na Malediwy, ale nic nie szkodzi. Z przyjemnością spędzi resztę urlopu w swojej kamienicy na Brooklynie. Obejrzy film lub dwa.
Teraz jednak znajdowała się w samochodzie pędzącym w stronę hotelu Taj. W stronę jej dawnej dzielnicy.
Smita Agarwal patrzyła przez okno na ulice miasta, które kiedyś kochała. Miasta, o którym przez ostatnie dwadzieścia lat próbowała zapomnieć.
[1] yaar [czyt. jar] (hindi) – potocznie: stary, koleś, przyjacielu.
[2] pucca [czyt. pakks] (hindi) – na pewno, na sto procent.
Thrity Umrigar – autorka powieści „Pieśń zbuntowanych serc”. Urodzona w Bombaju, w swoich bestsellerowych powieściach porusza temat zderzenia kultur, więzi rodzinnych i emocji, które potrafią zmienić całe życie. Wykłada anglistykę na uniwersytecie w Cleveland, a jako dziennikarka pisała między innymi dla „The New York Times”. Jej książki ukazały się w ponad 20 krajach.
Pisząc „Pieśń zbuntowanych serc”, autorka czerpała z prawdziwych wydarzeń.