W TYM LESIE
DZIEJĄ SIĘ RZECZY,
KTÓRYCH NIKT NIE POWINIEN ZOBACZYĆ

Dzień 1 – gdzieś w Oszaście – godz. 11:35

Szczepan słyszał tylko ciężki oddech i bicie własnego serca, które waliło tak, jakby chciało się przebić przez żebra i wyskoczyć na zewnątrz. Zbocze było wyjątkowo strome. Widział, jak Jan prze naprzód, nie zważając na kamienie, wystające korzenie i powalone pnie. Nie powstrzymywał go. Co jakiś czas korygował jedynie obrany przez kuzyna kurs.

   Po dłuższej wędrówce w milczeniu weszli na teren bujnie porośnięty okazałymi paprociami. Szczepan uważnie studiował każdy element otoczenia. Już lata temu dziadek nauczył go najważniejszych zasad sztuki tropienia: chodziło nie tylko o czytanie śladów w ziemi, ale też o odnajdywanie nienaturalnie złamanych gałęzi, rozrzuconej ściółki czy wgniecionej trawy. Obraz, który miał przed oczami, coraz bardziej go niepokoił. Śladów było dużo. O wiele za dużo. Ale to nie był czas, by dzielić się tymi spostrzeżeniami z kuzynem. Szczepan wiedział, że są już coraz bliżej szczytu. Nie chciał, żeby Jan wpadł w histerię, gdy mieli już cel na wyciągnięcie ręki.

   A jednak nie udało mu się tego powstrzymać. W pewnej chwili Jan po prostu się zatrzymał i rzucił w jego stronę:

    – Coś mi tu nie gra… Kurwa!

    – Co jest? – wysapał Szczepan, wyrwany z zamyślenia.

    – Nie wierzę, żeby Aśka tędy szła. I to z dzieckiem na ręku… – Jan zaczął się miotać. – Te ślady… Ufam, że znasz się na tym… Szczepan, kurwa, powiedz mi szczerze. Nie mówisz mi wszystkiego?

   Szczepan przetarł spoconą twarz. Wiedział, że nadszedł moment prawdy. Nie może dłużej ukrywać, że nie szukają tylko żony i córki Stelmacha, lecz czterech osób. Już otwierał usta, żeby to powiedzieć, gdy nagle do ich uszu dobiegł głuchy dźwięk łamanej gałęzi. Obaj jednocześnie spojrzeli w tamtym kierunku i znieruchomieli. Ktoś lub coś czaiło się za gęstwiną wysokich paproci. Martwą ciszę przerywał jedynie świergot ptaków. Szczepan wytężył słuch. Poczuł, jak pot spływa mu po plecach.

   Kolejny trzask.

   Rozejrzał się po ziemi i schylił po solidną gałąź. Jan zrobił to samo. Szczepan spojrzał mu w oczy i skinął głową. Rzucili się do przodu, wrzeszcząc wniebogłosy. Zatrzymali się dopiero na skraju niecki. Wtedy dotarło do nich, że pognali za rudym lisem. Zwierzę, spłoszone ich okrzykami, czmychnęło i zniknęło w gęstwinie. Szczepan rozejrzał się wokół i zastygł w bezruchu.

   To nie lis wprawił go w osłupienie. U ich stóp, w niewielkiej niecce, stały dwie stare chałupy. Drewniane, kryte strzechą, a raczej tym, co z niej zostało, skryte w lesie na zboczu Oszastu. Spoglądały na nich złowieszczo.

    – Co tam może być? – wyszeptał Jan.

    – Nie wiem – odparł równie cicho Szczepan. – Może zapomniany przysiółek, może stara miejscówka pograniczników, a może…

    – Może co?

    – Może dawna kryjówka przemytników.

    – Co, kurwa?

   – Kiedyś przez Oszast prowadził szlak przemytniczy. Przemycano głównie spirytus. Może to pozostałość po tamtych czasach.

    – Sprawdźmy to – zdecydował Jan i ruszył w dół.

    – Poczekaj – warknął Szczepan, łapiąc kuzyna za ramię. – Nie tropimy tylko twojej żony.

   Szczepan wiedział, że to było nieuczciwe. Powinien był powiedzieć mu wcześniej, ale nie chciał go niepotrzebnie stresować. Teraz jednak musiał.

    – Co?! – Jan gwałtownie się odwrócił. W jego oczach wściekłość mieszała się z niedowierzaniem.

    – Przy wraku były ślady. Nieczytelne, ale ktoś poza wami się tam kręcił. Zapewne tuż po wypadku.

    – I dopiero teraz mi o tym mówisz? Ja pierdolę… – Jan złapał się za głowę.

    – Spokojnie, jesteśmy na ich tropie – Szczepan niezręcznie poklepał go po ramieniu. Nie miał pojęcia, jak go uspokoić.

   Nagle w oddali usłyszał znajomy dźwięk.

    – Czekaj, czekaj… – Nadstawił uszu i uniósł palec. – Helikopter. GOPR-owcy musieli wszcząć poszukiwania.

    – Kto je porwał? Przemytnicy? Handlarze żywym towarem? – Jan irracjonalnie kreślił czarne scenariusze.

    – Nie wiem, ale to dosyć dziwne, że na odludziu dochodzi do wypadku, a ktoś jakimś cudem zjawia się na miejscu, zabiera twoją żonę i dziecko i znika. Przypomnij sobie. Czy wcześniej działo się coś niepokojącego? Coś przykuło twoją uwagę?

    – Nie… Raczej nie… Chyba że…

    – Chyba że co?

    – Tankowałem na stacji w Rajczy.

    – I…? – Szczepan próbował zmusić Stelmacha do intensywnego myślenia.

    – Było tam czarne BMW. Kierowca… Podejrzany typ, dziwnie się we mnie wpatrywał… Nie wiem… Może mi się tylko wydawało – kontynuował Jan, masując skronie.

   Szczepan zanotował w pamięci wzmiankę o czarnym BMW. To mógł być punkt zaczepienia.

    – Powiemy o tym Ance, na pewno to sprawdzi – powiedział, próbując choć odrobinę uspokoić kuzyna, który wyraźnie tracił cierpliwość. Chciał działać, a nie rozmawiać. – Dobra, sprawdźmy te chałupy – zdecydował w końcu.

   Zeszli stromym zboczem do zagłębienia. Chałupy stały naprzeciw siebie, spowite cieniem, jak wyjęte z najgorszego koszmaru. Idealna kryjówka dla kogoś, kto chciał zniknąć. Leśnik szedł powoli, wszystkie zmysły miał wyostrzone. Powietrze było ciężkie, niosło zapach wilgotnej ziemi i żywicy, ale Szczepan wyczuwał w nim coś jeszcze – jakby cuchnęło rozkładem.
Złowroga cisza gęstniała. Nawet ptaki zamilkły.

   Miał wrażenie, że ktoś ich obserwuje. Gdy stanęli przy starej studni, dostrzegł przed sobą dużą kałużę. Rozlana ciecz była gęsta, brunatna. Szczepan od razu rozpoznał zapach. Metaliczny i mdlący. Spojrzał na Jana, który drgnął jak porażony
prądem.

    – O kurwa! – wydusił z przerażeniem.

   Krew. Szczepan widział ją już wcześniej – podczas polowań, wypadków w lesie. Ale tyle… Jakby ktoś zarżnął tu świniaka. Odruchowo sięgnął po telefon, ale w tej samej chwili kątem oka dostrzegł w oknie za plecami Jana ruch we wnętrzu
chaty.

   Serce podeszło mu do gardła. Spojrzał na towarzysza i przyłożył palec do ust. Powoli zaczął się wycofywać. W głowie przewijały się obrazy z najstraszniejszych horrorów, jakie kiedykolwiek widział.

    – Co jest? – szepnął Jan.

   I wtedy Szczepan to usłyszał.

   Z wnętrza chałupy dobiegł dźwięk przewracającej się butelki. Coś lub ktoś czaiło się w mroku. Poczuł, jak włosy na całym ciele stają mu dęba.

   A potem to zobaczył.

   W ciemności majaczyła sylwetka. Ludzka. Ktoś stał za brudnym oknem i gapił się na nich.

   Instynkt uruchomił się błyskawicznie.

    – Spierdalamy! – wrzasnął i rzucił się do ucieczki.

   Pędził jak nigdy w życiu, przedzierając się przez gęste paprocie i chaszcze. Po dłuższej chwili udało mu się jednak wrócić na ścieżkę. Kondycja, nadwyrężona przez lata palenia, przestała mieć znaczenie. Starał się nie odwracać, by nie zwalniać tempa, ale ludzka ciekawość była silniejsza. Z początku wydawało mu się, że ktoś ich goni. Wyobraźnia podsuwała mu najgorsze scenariusze. Słyszał za sobą Jana, który ledwo dotrzymywał mu kroku.

  Gdy dotarli na szczyt, zatrzymał się, łapczywie łapiąc powietrze. Jan był blady i spocony. Nadwątlony silnymi emocjami, usiadł zmęczony na kamieniach. Szczepan wykorzystał ten moment i sięgnął po telefon. Drżącymi dłońmi wpisał trzy litery: „Już”. Zawahał się, po czym wysłał wiadomość do Anki.