Rozdział 6
Za czym się opowiadamy?
Każdy dzień w zespole do spraw polityki Facebooka to nowe wyzwanie. Kontrahent w Wietnamie przysyła niezobowiązującego maila, w którym wspomina, że spotkał się z przywódcami rządu wietnamskiego i złożył mnóstwo obietnic, nie do końca wykonalnych. Konsultant Facebooka mówi australijskiej komisji rządowej, że Facebook usuwa dwadzieścia tysięcy nieletnich użytkowników dziennie, co po prostu nie jest prawdą. Prezydent Meksyku zostaje zaatakowany na swojej stronie falą emotek przedstawiających kupę i występuje do nas z prośbą o ich natychmiastowe usunięcie. Sheryl pyta, czy powinna wesprzeć wiralową kampanię na rzecz aresztowania Josepha Kony’ego, ugandyjskiego bojownika odpowiedzialnego za uprowadzenie tysięcy dzieci i wcielenie ich do swojej armii. ISIS publikuje na stronie nagranie z egzekucji. Grupa matek karmiących piersią organizuje protest w ramach sprzeciwu wobec polityki Facebooka dotyczącej sutków. Pewien rabin pisze, że pije kawę i je muffina w Izraelu, ale mapy Facebooka pokazują, że znajduje się w Palestynie. Problemy są nieustanne i różnorodne. Rozwiązywanie ich przypomina układanie puzzli bez znajomości obrazka, który mają tworzyć. Mimo to wydaje się to ważne. Jeśli naprawdę mamy być siłą czyniącą dobro na świecie, musimy wypracować odpowiedni sposób działania.
Ja i Marne stanowimy dobry zespół. Ufam jej osądowi, a ona mnie słucha. Robimy stałe postępy, kształtując tę swoją nową przyszłość.
Na początku 2012 roku niektórzy mężczyźni w biurze zaczynają się irytować tym, że popadamy w kryzys za kryzysem. To faceci, których zatrudniliśmy głównie do obsługi relacji z Kongresem i rządami stanowymi. Od razu widać, że są z Waszyngtonu – wojowniczy, pewni siebie, zawsze z własnym zdaniem. Stworzyli małą grupę i chcą zrozumieć, za czym tak naprawdę opowiada się firma. W gruncie rzeczy jest to zasadne pytanie. To era Obamy, czas, kiedy Mark i Sheryl trafiają na okładki magazynów, udzielają wywiadów z efektownymi nagłówkami o tym, jak zmieniają świat. Chłopaki osaczają Marne i żądają odpowiedzi, jak właściwie mamy ten świat zmieniać. Są zszokowani, gdy słyszą odpowiedź… w sumie nic konkretnego.
Tymczasem Marne jest zdziwiona ich pytaniami. Dla niej i jej przełożonych, Marka i Sheryl, to oczywiste. Prowadzimy stronę internetową, która łączy ludzi. W to wierzymy. Chcemy więcej. Chcemy, żeby Facebook przynosił zyski i się rozwijał. O czym jeszcze można tu mówić?
W tym nie ma żadnej wielkiej ideologii. Żadnej teorii o tym, czym Facebook powinien być dla świata. Firma reaguje na wydarzenia, kiedy się pojawiają. Jesteśmy menedżerami, a nie budowniczymi nowego świata. Marne chce po prostu przebrnąć przez swoją skrzynkę mailową, a nie tworzyć nową globalną konstytucję.
Nie da się pokonać tej różnicy w perspektywie. Z punktu widzenia chłopaków chodzi o to, żeby mieć w co wierzyć. O zasady. Wizję. Przywództwo. Dla Marne nie ma nic złego w tym, by działać tak jak dotychczas – zarządzać kryzysami, gdy się pojawią. Taki jest biznes.
Niemniej jednak trzeba coś zrobić, żeby uciszyć głosy niezadowolenia. Dlatego planujemy szczyt w siedzibie głównej w Kalifornii dla wszystkich, którzy zajmują się polityką i sprawami publicznymi. Mamy zdecydować, za czym się opowiadamy.
Sympatyzuję z tym, co mówią chłopaki. Od samego początku Marne traktowała moje słowa typu: „Facebook to rewolucja”, „Facebook to siła polityczna”, jako coś nieco żenującego. Uprzejmie je ignorowała i konsekwentnie dawała mi do zrozumienia, że to nie jest to, czym się tutaj zajmujemy, że nawet nie jest pewna, czy istnieje praca polegająca na tym, czym ja się interesuję, i prosiła, żebym przestała tak mówić. Rozumiem, skąd się to u niej bierze, ale mimo wszystko jestem przekonana, że w miarę jak Facebook będzie rósł, firma popadnie w konflikty i kontrowersje za granicą. To potwierdzi mój punkt widzenia. Moja wiara w Facebooka i jego historyczne znaczenie przeważa nad chwilowymi wątpliwościami dotyczącymi podejścia Marne. Firma będzie musiała opracować koncepcję swojej roli na świecie. I ja pomogę ją stworzyć. Marne, Mark i wszyscy inni w końcu przekonają się do mojego sposobu myślenia.
A ten szczyt to pierwszy krok w tym kierunku. Jestem podekscytowana.
To będzie pierwszy raz, gdy wszyscy znajdziemy się razem w jednym pomieszczeniu. Pierwszy raz porozmawiamy o tym, jak wykorzystać Facebooka jako siłę dobra na świecie. To może być początek czegoś ważnego. Nowy start.
Cały zespół do spraw polityki zebrał się w nowo wybudowanej siedzibie Facebooka w Menlo Park w Kalifornii. Nadal jesteśmy relatywnie niewielkim zespołem – jest to kilkanaście osób i mieścimy się przy jednym stole w zwykłej sali konferencyjnej. Zamiast od razu zabrać się do rozwiązywania wielu kluczowych problemów, gramy w gry integracyjne i wypełniamy testy osobowości. Dopiero po wielu godzinach przechodzimy do prawdziwego powodu naszego spotkania: znalezienia tematu, w którym Facebook mógłby objąć przywództwo. Zgadzamy się, że musi to być coś budującego zaufanie, coś, co będzie wymagało współpracy z rządami na całym świecie. Członkowie zespołu zgłaszają różne inicjatywy: promowanie Facebooka jako narzędzia wspierającego adopcję porzuconych zwierząt albo utworzenie Peace.Facebook.com, prostego panelu pokazującego przyjaźnie nawiązane „zaledwie wczoraj” pomiędzy osobami z trzech stref konfliktu: Izrael/Palestyna, Rosja/Ukraina i Indie/Pakistan.
Ku mojemu zaskoczeniu poparcie szybko koncentruje się wokół propozycji Joela Kaplana, aby stworzyć inicjatywę Facebooka wspierającą wojsko. Joel dołączył do Facebooka mniej więcej w tym samym czasie co ja. Jest absolwentem Harvardu i byłym marine. Po studiach prawniczych pracował jako asystent sędziego Antonina Scalii, a potem był zastępcą szefa sztabu George’a W. Busha. Podejrzewam, że dostał pracę dzięki relacjom z Sheryl. Poznali się pierwszego wieczoru szkolenia na Harvardzie, byli parą, Sheryl podziękowała mu w swojej pracy dyplomowej i przez lata pozostawali blisko. Jego przejście ze świata polityki i lobbingu do branży technologicznej nie było łatwe. Przez kilka tygodni przychodził do pracy w Facebooku w waszyngtońskim uniformie: chinosach i granatowej marynarce ze złotymi guzikami. Dopiero po jakimś czasie zorientował się, że odstaje od chłopaków w biurze, którzy nosili dżinsy, T-shirty i bluzy z kapturem. Stopniowo zaczął zmieniać styl, najpierw zamienił zestaw na „tatusiowe” dżinsy i marynarki, aż w końcu skapitulował i został przy dżinsach oraz koszuli z kołnierzykiem. To człowiek niezmieniający przyzwyczajeń. Jego asystentka codziennie zamawia mu tę samą sałatkę, a on codziennie podczas spotkań wybiera z niej oliwki. Kiedy pytam, dlaczego po prostu nie zamówi sałatki bez oliwek, patrzy na mnie, jakby chciał powiedzieć: „I tak nie zrozumiesz”, i nie mówi ani słowa.
Zespół zaczyna opracowywać szczegóły inicjatywy wsparcia dla wojska: na czym ma polegać i ile będzie kosztowała.
– Eee… To chyba inicjatywa tylko dla USA, prawda? – pytam niepewnie.
Jestem jedyną osobą spoza Stanów w zespole do spraw polityki w biurze w Waszyngtonie i czuję się samotna. Tak wiele codziennych decyzji Facebooka w zakresie polityki opiera się na ukrytym systemie wartości, którego wciąż się uczę.
– Nie, globalna – odpowiada Marne.
– Tak, tylko że… ludzie i rządy wciąż próbują zrozumieć, czym właściwie jest Facebook, i nie jestem pewna, czy powinniśmy od razu stawać po stronie wojska.
– Nieprawda – wtrąca Joel. – Kwestie wojskowe i weterani to pewniaki. I tu, i wszędzie.
– Pierwsze działanie polityczne Facebooka na świecie ma dotyczyć wojska? Siły państwowej? Może w Stanach to ma sens, ale są kraje, gdzie relacje z organami rządowymi są znacznie bardziej skomplikowane. Kraje, które doświadczyły dyktatury wojskowej, na przykład…
– Nie kochasz naszych żołnierzy, Sarah? – przerywa mi Joel.
– Pytasz o moje zdanie? Hm, tak. Oczywiście. Ale nie o to mi chodzi. Mówię tylko, że nawet jeśli pominiemy kraje, w których wojsko wspierało dyktatorów, to nawet amerykańska armia nie jest odbierana pozytywnie we wszystkich państwach. Zwłaszcza w regionach, za które jestem odpowiedzialna, jak Ameryka Łacińska czy Azja. Weźmy na przykład Wietnam. Czy muszę tłumaczyć, dlaczego Wietnamczycy nie darzą sympatią amerykańskiego wojska?
Ponieważ nie udało się osiągnąć pełnego porozumienia, cała inicjatywa została porzucona. Kilka tygodni później Marne mimochodem wspomina, że pierwszą proaktywną inicjatywą Facebooka, mającą na celu budowanie relacji z rządami na całym świecie, będzie program dotyczący przeszczepu organów.
Nie zaczęłabym od tematu części ciała i osobistych decyzji dotyczących tego, co zrobić z nimi po śmierci – tak samo jak nie wybrałabym wojska – gdybym chciała pokazać przywództwo i budować relacje z zagranicznymi rządami. Ale nikt tego ze mną nie omówił. Jak w wielu przypadkach w Facebooku nie liczyło się to, co zespół do spraw polityki omówił czy uzgodnił, liczyło się to, co myślała Sheryl. Tym razem podczas zjazdu absolwentów Harvardu Sheryl spotkała swojego kolegę ze studiów, dyrektora chirurgii transplantacyjnej, i zaoferowała mu pomoc w pozyskiwaniu dawców.
Dostaję polecenie, żeby współpracować z inżynierami przy realizacji projektu. Nie mam pojęcia, jak się tworzy globalną inicjatywę związaną z przekazywaniem organów. I bardzo szybko pojawiają się przeszkody. Dawstwo organów nie jest praktyką uniwersalną. Niektóre religie ich zakazują, w innych krajach nie funkcjonuje w ogóle, a w jeszcze innych niemożliwe jest odróżnienie legalnego przekazywania od handlu organami. Są też miejsca, gdzie w grę wchodzą dużo mroczniejsze sprawy – kradzież ogranów i handel nimi.
Podczas jednego z pierwszych spotkań z Sheryl, na którym mam zdać relację z postępów, szybko się okazuje, że mamy zupełnie inne wizje zakresu inicjatywy i ogólnego podejścia do kwestii regulacji dotyczących dawstwa organów.
Zespół dziesięciu osób pracujących nad tą inicjatywą zebrał się w sali konferencyjnej Sheryl w siedzibie Facebooka. Jestem zdenerwowana. Wiem, że właśnie teraz zostanie poddane próbie to, w co wierzę – że Facebook powinien reprezentować jakieś wartości w świecie – oraz to, co ja sama wnoszę do firmy. Przedstawiam Sheryl wszystko, co udało nam się wypracować, tłumacząc, że bardziej przypomina to „kampanię rejestracyjną”, która ma skłonić ludzi do odwiedzenia lokalnych stron, gdzie rejestrowani są dawcy. Facebook nie będzie kojarzyć dawców z biorcami ani transportować organów po świecie. Nie zamierzamy tworzyć własnych rejestrów dawców czy pacjentów ani gromadzić szczegółowych danych medycznych. W rzeczywistości planujemy ograniczyć ilość informacji, które Facebook zbiera i przechowuje. Sheryl jest zdezorientowana. Skupia się na tym, dlaczego nie zaprojektowałyśmy tej inicjatywy tak, aby Facebook mógł odegrać większą rolę w zbieraniu danych, w stworzeniu rynku organów i nie tylko. Zaczynam tłumaczyć złożoność kwestii dawstwa organów na świecie pod względem prawnym, kulturowym i religijnym, mówię o tym, jak wrażliwe są dane przechowywane w rejestrach dawców. Przygląda mi się, jakbym była kompletną idiotką i nie dostrzegła oczywistego faktu, co pewnie w jakiejś części jest prawdą. Nie patrzyłam na to jak na okazję biznesową czy sposób na rozpoczęcie gromadzenia danych zdrowotnych użytkowników. Wyczuwając zagrożenie, zmieniam szybko kierunek rozmowy i wskazuję na ryzyko handlu organami. Wyjaśniam, że państwa opracowały zasady ochrony danych dotyczących dawstwa organów oraz reguły przeciwdziałania ich transgranicznemu transportowi.
Sheryl odwraca się do mnie oburzona. W jej głosie słyszę wyraźną nutę zniecierpliwienia.
– Chcesz mi powiedzieć, że gdyby moja czteroletnia córka umierała, a jedynym ratunkiem byłby przeszczep nerki, nie mogłabym polecieć do Meksyku, kupić tam nerki i schować do torebki?
Rozglądam się po sali konferencyjnej, szukając wsparcia. Nie jestem pewna, czy Sheryl jest po prostu nieświadoma czy zdezorientowana. Zazwyczaj jest bardzo bystra. Zdaję sobie sprawę, że mówi poważnie, a jest osobą, która zazwyczaj dostaje to, czego chce. Wszyscy unikają z nami kontaktu wzrokowego, nawet Marne i Debbie, moje sojuszniczki. Czuję się jak ofiara, która została oddzielona od stada.
– Tak, zgadza się – mówię zatroskana. – W większości krajów obowiązują ścisłe przepisy mające zapobiegać nielegalnej sprzedaży i nielegalnemu pobieraniu organów czy innych części ciała. Zależy to od polityki rządu, a nie od tego, kto ma najwięcej pieniędzy.
Sheryl patrzy na mnie gniewnie. Mam wrażenie, że z każdą sekundą jest dla mnie coraz mniej przychylna, a jej oburzenie tylko rośnie. Zapada długa niezręczna cisza.
Wtedy wtrąca się Marne, żeby mnie ratować.
– Zazwyczaj kiedy Facebook wprowadza nowe funkcje, po wypchnięciu kodu nikt na ogół nie myśli o konsekwencjach w realnym świecie. Ale w przypadku przekazywania organów musimy przeanalizować wszystkie obowiązujące zasady i prawa w każdym kraju, a do tego nawiązać współpracę z rejestrami dawców na całym świecie. Nie mamy zasobów, żeby to robić na taką skalę.
Marne zwraca uwagę, że typowe podejście zespołu Facebooka: zbieranie danych, przyjęcie jednolitego stanowiska we wszystkich krajach i niechęć do odstępstw, nie sprawdzą się w tym przypadku. Sheryl niechętnie zgadza się ograniczyć wdrożenie tego projektu do zaledwie czterech krajów.
Nie jest zadowolona.
Ale się nie zraża. Chce zrobić wszystko, żeby ten projekt zakończył się sukcesem – pierwszy projekt, który miał podkreślić wartości Facebooka. Kilka tygodni później wydaje inżynierom polecenie, by dodali opcję „zarejestrowany jako dawca organów” do listy „ważnych wydarzeń życiowych” w profilach użytkowników, obok tradycyjnych statusów, takich jak „w związku małżeńskim” czy „oczekujemy dziecka”. Sheryl poleca mnie i zespołowi do spraw organów, by dodać megafon – wyskakujące okienko, które pojawia się na ekranie każdego, kto zaloguje się na Facebooka – informujące o nowym narzędziu do rejestrowania się jako dawca. Inżynierowie nie są przekonani do tego pomysłu.
Uważają, że Facebook nie powinien korzystać ze swojej platformy, żeby nakłaniać ludzi do czegokolwiek – niezależnie od tego, czy chodzi o przekazanie organów, głosowanie, jedzenie większej ilości warzyw, nitkowanie zębów czy adopcję bezdomnych piesków.
Zgadzam się z nimi.
Jeśli zaczniemy udzielać gdzieś jakiegoś poparcia, będziemy musieli podejmować mnóstwo decyzji, co Facebook wspiera, a czego nie. Niedługo przyjdzie nam się mierzyć z niełatwymi decyzjami. Całe to zamieszanie z organami wydaje się niepotrzebne. Facebook to nietypowe miejsce na takie kwestie. Kiedy spotkaliśmy się, żeby ustalić, za czym opowiada się Facebook, zdecydowanie nie tego się spodziewałam.
Wszyscy uczestnicy tej rozmowy doskonale zdają sobie sprawę, o jaką stawkę toczy się gra. Wiemy, że gdy Facebook do czegoś zachęca, to zazwyczaj przynosi efekty. Podczas wyborów do Kongresu w Stanach Zjednoczonych w 2010 roku Facebook przeprowadził eksperyment mający na celu zwiększenie frekwencji. Umieściliśmy na górze aktualności komunikat zachęcający do głosowania, z linkiem do lokali wyborczych i przyciskiem „Głosowałem”, który można było kliknąć – wszystko to w ramach ogromnego, randomizowanego badania (z grupą kontrolną). Późniejsze badanie opublikowane w „Nature” wykazało, że 61 milionów osób zobaczyło ten przycisk. Ta funkcja faktycznie wpłynęła na zachowanie wyborców: do urn poszło dodatkowe 340 tysięcy ludzi.
Sheryl ma nadzieję, że z dawstwem organów będzie podobnie. Inżynierowie przekazali jednak swoje obawy Markowi i twierdzą, że on się z nimi zgadza. Biorąc pod uwagę hierarchię panującą w Facebooku, gdzie inżynierowie zawsze mają ostatnie słowo – a co za tym idzie, są ważniejsi niż zespoły Sheryl – zakładam, że to właściwie koniec tego projektu. Mark nigdy nie był do niego szczególnie przekonany, a skoro teraz inżynierowie są przeciwni, zapewne go zakończy.
I tak oto po raz pierwszy prowadzę projekt, w który zaangażowani są zarówno Mark, jak i Sheryl. To pierwszy raz, kiedy Mark bierze udział w jakimkolwiek projekcie politycznym i nie idzie to najlepiej. Cała sytuacja mnie stresuje. Facebook, jak każda firma, to sieć relacji, a ja naprawdę chcę zbudować silne więzi zarówno z Markiem, jak i z Sheryl. Chcę, żeby mnie lubili. Chcę stać się jedną z ich zaufanych doradczyń. Tylko to nie jest odpowiednia droga. Ten projekt był złym pomysłem od samego początku. Czuję więc ulgę, że wszystko powoli umiera śmiercią naturalną.
Niestety, sytuacja się pogarsza. Sheryl naprawdę zależy na megafonie, chociaż wie, że Mark tego nie chce. I ma rozwiązanie. Poleca mi wysłać maila do całego zespołu, z Markiem włącznie, że przechodzimy do realizacji planu z megafonem. Mam przedstawić jej punkt widzenia tak, jakby to był mój własny. Próbuję ją przekonać, że to zły pomysł, ale bezskutecznie. Nie ma zamiaru ustąpić. To przecież moja praca. A jeśli nie potrafię napisać tego maila, jaki ze mnie pożytek?
Kulminacja następuje, gdy Sheryl przemierza kraj na pokładzie prywatnego odrzutowca. Wsiada do samolotu wcześnie rano. Zgodnie z poleceniem w wysłanym mailu sumiennie przedstawiam argumenty, z którymi się zresztą nie zgadzam, dzielnie promując użycie megafonu w kampanii na rzecz dawstwa organów. Mark odpowiada serią miażdżących uwag, opartych na jego głębokim przekonaniu, że Facebook musi być neutralną platformą, że nigdy nie powinniśmy go używać, żeby zakłócać użytkownikom korzystanie z serwisu. Bronię stanowiska Sheryl wbrew własnej intuicji. Mark jest bezlitosny i nie chce słyszeć żadnych kontrargumentów. Sheryl milczy. Później powie mi, że nie dołączyła się do dyskusji, bo nie miała Wi-Fi.
Nigdy się nie dowiem, czy rzeczywiście tak było – jej współpracownicy, którzy z nią wtedy podróżowali, powiedzieli mi, że ten prywatny odrzutowiec oczywiście miał Wi-Fi – czy może zleciła mi wysłanie maila właśnie tego poranka, wiedząc, że będzie miała wiarygodną wymówkę, żeby nie zabierać głosu w konfrontacji z Markiem.
Wiem tylko jedno: tego dnia otrzymałam swój pierwszy bezpośredni mail od Marka Zuckerberga wysłany wyłącznie do mnie. Składał się z trzech słów i brzmiał po prostu: „Unieważniam twoją decyzję”.
Facebook zrewolucjonizował świat. Łączył ludzi, przyspieszał przepływ informacji, znosił tabu i obchodził cenzurę.
Sarah przez ponad rok walczyła o pracę w tej firmie. Chciała być częścią tej rewolucji i zmieniać świat na lepsze. Nie wiedziała jeszcze, co skrywa się za wzniosłymi ideałami jednego z największych gigantów technologicznych na świecie.
Osiem lat po odejściu z Facebooka ujawnia całą prawdę o pracy u boku Marka Zuckerberga i Sheryl Sandberg.
Mobbing, seksizm i zgniła korpokultura to tylko czubek góry lodowej. Sarah zdradza szczegóły największych afer Facebooka, takich jak:
- kradzież danych, wojna dezinformacji i trolling, które pomogły Trumpowi wygrać wybory prezydenckie,
- przyzwolenie na szerzenie się nienawistnej propagandy, która doprowadziła do przemocy seksualnej i ludobójstwa w Mjanmie,
- udostępnianie danych użytkowników chińskiemu reżimowi i tworzenie narzędzi ułatwiających cenzurę.
Za ujawnienie tego, jak bezwzględnie portal społecznościowy walczy o władzę i pieniądze, Facebook wytoczył Sarah proces. Autorka dostała również zakaz wypowiadania się o książce.